Zainstaluj aplikację Palestra na swoim urządzeniu

Palestra 7-8/2020

"Cud nad Wisłą”

Kategoria

Udostępnij

Już na początku lipca 1920 r. naród polski wiedział jedno. Głupia polityka ukraińska Naczelnika Państwa Polskiego Józefa Piłsudskiego jeszcze nie sprowadziła odrodzonego państwa polskiego w czerwoną otchłań, ale znalazło się ono na krawędzi przepaści. Naród zmuszony został podjąć ogromny wysiłek, by w tę przepaść nie runąć.

Pakt wojskowy z atamanem Petlurą, czyli z Ukraińską Republiką Ludową, podpisany w kwietniu 1920 r. okazał się bezwartościowy. Dlaczego? Po pierwsze, Bogiem a prawdą, Petlura był na Ukrainie nikim, tzn. jego mandat do sprawowania władzy w Kijowie był słabiutki. Po drugie, jego armia była mikra liczebnie; było to zaledwie ok. czterech tysięcy oficerów i kilkanaście tysięcy szeregowych żołnierzy, czyli prawie nic.

Zanim nastąpił „cud nad Wisłą”

Niestety sojusz z Petlurą, będącym do niedawna wrogiem Polski, został jednak zawarty. Jakie były pozycje Polski na wschodzie? Z końcem 1919 r. wojsko polskie osiągnęło linię rzeki Berezyny. Na północy dotarło do Dźwiny i oswobodziło położone na jej prawym brzegu Inflanty Polskie. Tej rubieży należało się trzymać. Od ujścia Berezyny do Dniepru wojsko polskie osiągnęło linię biegnącą skosem do górnego Zbrucza, który od wieków stanowił wschodnią granicę Małopolski. To było w polskich rękach, ten stan polskiego posiadania akceptowaliby bolszewicy. Niestety, Piłsudski nie z nimi zawarł pokój, lecz wszedł w sojusz z Petlurą, stawiając tym samym na bardzo niepewną kartę.

Nie miał w tym zakresie dobrych suflerów. Prawica, także narodowa, czując wstręt do bolszewizmu, głosiła hasła typu „nigdy z nimi nie układać się, bo nas oszukają”. Lewica postulowała zagwarantowanie prawa narodów Litwy, Białorusi i Ukrainy, z prawem do niepodległości włącznie.

Przywołuję tu tezę Stanisława Cata-Mackiewicza, według której z tych ziem Ukraina dla bolszewików była najcenniejsza i z jej posiadania zrezygnować nie mogli, natomiast Białoruś przedstawiała wartość znacznie mniejszą i tak jest chyba do dziś.

Głosił on też inny pogląd. Otóż wśród bolszewików były dwa kierunki polityczne. Jeden, którego rzecznikiem był np. Trocki, głosił potrzebę parcia na zachód, by całą Europę doprowadzić do stanu, w jakim była Rosja. Drugi kierunek odżegnywał się od eksportu rewolucji na zachód, by skoncentrować się na polityce wewnętrznej, tj. na budowaniu socjalizmu w jednym kraju – w Rosji – na jej unowocześnianiu, industrializacji i elektryfikacji, przy użyciu ukraińskiego węgla i stali, i wszelkich bogactw, które może ona dać. Ten drugi pogląd reprezentował Stalin. Lenin wahał się pomiędzy jednym a drugim. Wszystko to jest nie bez znaczenia dla „cudu nad Wisłą”, do którego doszło w sierpniu 1920 r. Ale póki co, w lipcu 1920 r. bolszewicy postanowili zaatakować Polskę. I parli na zachód. Pomijam hasła propagandowe, którymi szermowali, bo to nieistotne...

Tymczasem społeczeństwo Polski zaczęło trzeźwieć z euforii, której doznało po wjeździe wojsk polskich z Kijowa, a nawet, co znacznie groźniejsze, wpadać w stan apatii, a niekiedy nawet i paniki.

W ówczesnej prasie dość szybko pojawiła się trzeźwa ocena przyczyn zaistniałej sytuacji. Ocena ta była jednoznaczna –wszystkiemu winien był Piłsudski. „Rzeczpospolita” w artykule Ojczyzna w niebezpieczeństwie pytała „jak to się stało, że bolszewickie wojsko rosyjskie uzyskało przewagę nad naszym?”. Odpowiedź zawarta w cytowanym tekście była prosta. „Stało się to nie z wewnętrznej siły bolszewizmu, bo tej on nie ma, a w wojsku mniej niż gdziekolwiek, lecz raczej z powodu naszych błędów. Zwrot wywołała nieszczęsna, zupełnie niepotrzebna i na wskroś lekkomyślna kampania kijowska. Przedtem staliśmy mocno na linii (Berezyny – przyp. J.K.) pracowicie wywalczonej i ulepszanej, a twardo trzymanej przez żołnierza, świadomego, że osłania ziemię, która powinna należeć do państwa polskiego i do której nie wolno wpuścić bolszewizmu. Kiedy zaś ruszyliśmy na Kijów, rozproszyliśmy pułki nasze na olbrzymie przestrzenie, które ogarnąć w prawidłowy wojennym rzemiośle, dostatecznie obsadzić od czoła, zabezpieczyć na skrzydłach wśród ludności obcej i niepewnej było zupełnym niepodobieństwem. Skorzystali z tego znakomicie bolszewicy. Ustępując nam pola bez bitew, bez strat, wciągnęli nas na te wielkie przestrzenie starym obyczajem wojennym rosyjskim, który już dzieciom w szkole powinien być znany. Zarazem zaś przedstawiając nasz pochód na Kijów jako chęć rozbicia Rosji, wykrzesali hasło wojny narodowej i pozyskali dla hord czerwonej armii to, czego jej najbardziej nie dostawało, mianowicie współudziału dawnych oficerów carskich i umiejętne kierownictwo, uosobione w okrytej sławą i skupiającej rozbieżne dotąd siły rosyjskie, postaci Brusiłowa.

Już od końca kwietnia, gdy nasz pochód na Ukrainę odbywał się po prostu bez oporu przeciwnika, był powód do niepokoju. Już w połowie maja, gdy przyszło tak silne uderzenie bolszewickie na północy jakiego dotąd nie było, zarysowała się pewność, że nieprzyjaciel nie tylko nie jest rozbity i zgnębiony, ale wzmocniony. A gdy przed połową czerwca zaczął się odwrót spod Kijowa, był już najwyższy czas na otwarte ostrzeżenie i nawoływania do obrony przed wielkim niebezpieczeństwem, czego i wtedy jeszcze niektórzy nie rozumieli i na co sarkali.

Dzisiaj mówią codzienne sprawozdania wojenne naszego dowództwa wojskowego. Mówią nam one od kilku dni, że nieprzyjaciel, korzystając z naszego cienkiego rozlania się po ogromnej przestrzeni ukraińskiej, wpakował nam na tyły jazdę Budionnego i zmusił do odwrotu znad Dniepru. Mówią nam od wczoraj, że jazda jakiegoś innego Budionnego dostała się na tyły nasze na Wołyniu i zmusza do odwrotu znad Słuczy. Mówią nam dzisiaj, że cofamy się na Polesiu od Mozyrza i Kalenkowicz i że gotuje się także na północy natarcie nieprzyjaciela koło Bobrujska. Jednym słowem Brusiłow, korzystając z rozprzestrzeniania naszych sił, zachwiał ścianę wojska naszego, a raz zachwiawszy, uderza w różnych stronach i pcha nasz odwrót. To jest stan rzeczy na obszarze wojny wschodniej: nieprzyjaciel ma w tej chwili przewagę”.

W artykule opublikowanym na łamach „Rzeczpospolitej” na początku lipca, 100 lat temu, wyrażono gorzką prawdę, która była taka, że dzieci w szkole na temat prowadzenia wojny wiedziały więcej niż Piłsudski. Dlatego niepodległość odrodzonej po 123 latach niewoli Polski oparta była na bardzo wątłych podstawach, aż wreszcie zawisła na cienkim włosku.

Słabemu dowództwu wojskowemu towarzyszył słaby rząd. Co miesiąc niemalże dochodziło do przesilenia gabinetowego. Lewica utworzenie Rady Obrony Państwa uzależniała od utworzenia rządu lewicowego, robotniczo-chłopskiego. Tak więc Polsce dwutorowo zagrażała bolszewizacja – przez najazd z zewnątrz oraz przez wewnętrzną bolszewizację. Daszyński mówił, że „my z bolszewikami zgadamy się, gdy sami utworzymy rząd nie panów, lecz robotniczo-włościański”.

Tymczasem bolszewicy w pochodzie na zachód forsowali kolejne przeszkody: rzeki, wzniesienia, miasta, fortece; słowem – wszystko to, co żołnierz polski w ciężkiej walce osiągnął przez minione półtora roku.

Lipiec kończył się pod hasłem „mężnie zajrzeć prawdzie w oczy”. W tym czasie front zatrzymał się na linii Grajewo–Ossowiec–Kamieniec–Kobryń. Była Kongresówka już przez bolszewików została „napoczęta”. Tu i ówdzie dało się zauważyć objawy histerycznego rozstroju, niepokoju i niewiary we własne siły. Lecz ogólna sytuacja nie dawała powodu do takich objawów.

Nadzieją była armia ochotnicza, formowana przez gen. Józefa Hallera. Słowa Roty Hallerowskiej są dziś mało znane. Warto je zatem przypomnieć.

„Ostał nam jeszcze w piersi gniew

i kosa w krzepkiej dłoni.

Za oręż chwyćcie! Krew za krew

– Do broni! Czas do broni!

Któż by nam doma zostać mógł?

Tak nam dopomóż Bóg...

Powstańcie wszyscy! Nadszedł czas!

Do broni! Haller wzywa –

Któż jak nie on powiedzie nas

Pęknięte skuć ogniwa?

Nie shańbi ziemi naszej wróg!

Tak nam dopomóż Bóg...

W tysiące koni będziem gnać

Jak piorun i jak burza –

Gdy przyszła pora prać – to prać

Wróg we krwi niech się nurza

Nie damy ziemi, skąd nasz ród

Tak nam dopomóż Bóg...

Cóż stąd, że wokół chytry wróg

Jak pająk sieć rozsnuwa –

Pójdziemy w mgłę poleskich dróg

– Nad nami Haller czuwa,

Któżby z nas doma ostać mógł!

Tak nam dopomóż Bóg...

Po całej Polsce grzmi jak dzwon

– Na bój i na zwycięstwo!

I płynie śpiew przed Boży Tron

Racz nam dać hart i męstwo –

Nie damy ziemi skąd nasz ród

Tak nam dopomóż Bóg...”

W połowie sierpnia 1920 r. cofające się nieustannie od miesiąca, skoncentrowane wojsko polskie powstrzymało na przedpolach Warszawy wojska bolszewickie i zdołało je zaatakować ofensywą znad Wieprza. Nie tylko narodowy demokrata Marian Seyda, ale i socjalista Daszyński nazwali to odparcie bolszewików „cudem nad Wisłą”. Czy słusznie?

Uporządkowany odwrót i „cud”

Ustalmy jedno, armia prąca naprzód nie posuwa się ruchem przyspieszonym, lecz opóźnionym. Jej impet, siła bojowa w ciągu trwającej ofensywy nie wzrastają, lecz przeciwnie, słabną. Inaczej jest z siłami wykonującymi uporządkowany odwrót. Materiał ludzki męczy się, ale siła ogniowa (materia) nie maleje. W pewnym momencie dochodzi do skoncentrowania tych wycofujących się sił, które wtedy osiągają dużą moc i są gotowe do obrony, a nawet do przeciwnatarcia. Może być ono skuteczne, zwłaszcza kiedy nadejdzie nieoczekiwana przez wroga pomoc z flanki. Tak też i było z „cudem nad Wisłą”.

Wylano na jego temat jeziora atramentu. Pisano artykuły, opasłe książki, kręcono filmy. A jak to było z tym „cudem” tak naprawdę? Chyba najwierniejszym opisem „cudu nad Wisłą” jest opis bitwy na przedpolach Warszawy i ofensywy znad Wieprza dostarczony już w pierwszych dniach września 1920 r. przez płk. Tadeusza Piskora.

W momencie kiedy z początkiem sierpnia wojska bolszewickie „napoczęły” północno-wschodnie ziemie Kongresówki i parły ku linii Warszawa–Mława, Sztab Generalny rozważał dwie możliwości – albo bronić linii Bugu, albo wycofać się na przedpola Warszawy. Tę drugą możliwość forsował francuski gen. Weygand, optując, by sprowadzić pod stolicę wszystkie siły, także te z Lubelszczyzny i z Małopolski. Oznaczałoby to oddanie na pastwę bolszewików i Lwowa, i Lublina. Piłsudski na to nie wyraził zgody.

Ostatecznie w nocy z 6 na 7 sierpnia podjęto ostateczną decyzję o odwrocie znad Bugu i skierowaniu wojsk polskich pod Warszawę, przy czym część wojsk skierowano na Modlin, część na Dęblin. Stolicy broniły ochotnicze oddziały gen. Hallera, tylko w niewielkim stopniu wzmocnione żołnierzem spod Brześcia. To przemieszczenie wojska miało jedynie za cel zasugerowanie bolszewikom, że całość została przemieszczona pod Warszawę. Tymczasem w rejonie Chełmna i Dęblina utworzone zostały bazy koncentracji armii polskich pod dowództwem gen. Skierskiego i Rydza-Śmigłego. Sugestywne przemieszczanie wojsk polskich okazało się niezmiernie owocne. Bolszewicy mieli zaatakować Warszawę od strony Pragi, a część ich sił miała okrążać stolicę od północy. Od południa nie spodziewali się żadnego ataku. Weygand żądał natychmiastowego ataku znad Wieprza, Piłsudski zwlekał. Zwłoka wyniosła ok. 10 dni, w ciągu których wszystkie siły bolszewickie nadciągnęły na przedpola Warszawy. W tym czasie III i IV armie odpoczęły, zregenerowały się i rankiem 16 sierpnia na rozkaz Piłsudskiego ruszyły na północ, ku Warszawie. Poszczególne pułki dziennie pokonywały ok. 40 km pieszo, w lichym obuwiu, a nawet i boso.

Wkrótce armie te znalazły się pod bokiem bolszewików, odcinając forpoczty rosyjskich „czerwonych” od swojego zaplecza, od swoich sztabów. Wtedy również gen. Haller zaatakował w kierunku północnym armiami gen. Sikorskiego i Latinnika. Wkrótce wojska polskie osiągnęły linię Bugu i opanowały drogę na Brześć. Z około 30 dywizji bolszewicy stracili połowę. Warszawa była już niezagrożona.

Tak to było z owym „cudem nad Wisłą”. Manewrem militarnym bardzo prostym i starym jak nasza Polska. Już bowiem pod Cedynią, walcząc z innym Polski wrogiem, Mieszko I  i jego woje zastosowali ten sam manewr. Początkowo ulegając Hodonowi, stale cofając się przed nim, sprowadzili go w pułapkę. Hodon został pokonany nie czołowym atakiem Mieszkowych wojów, lecz bocznym, z ukrycia.

Trwają od dziesiątków lat dywagacje, kto to wymyślił, kto był autorem planu ofensywy znad Wieprza. Otóż plan ten był tak prosty, że jego autorem mógł być każdy, nawet początkujący sztabowiec.

Jego zrealizowanie powiodło się wobec niezaatakowania polskich armii na Lubelszczyźnie. Miał to uczynić Budionny, lecz Stalin, który był jego partyjnym nadzorcą, zbojkotował polecenie partyjne, by ten poniechał oblegania Lwowa i skierował swoją konnicę właśnie na Lubelszczyznę. Panuje taka moda, że „o Stalinie to albo źle, albo wcale”. Ja zaś oddam mu sprawiedliwość, pisząc, że wtedy, w sierpniu 1920 r., swoją decyzją uratował Polskę, jeśli nie przed utratą niepodległości, to przed znacznie dłużej trwającą wojną z bolszewickim najeźdźcą.

I jeszcze jedna „stalinowska” dygresja – dla Stalina wojna 1920 r. była poligonem doświadczalnym. Planując prawie ćwierć wieku później ofensywę frontu białoruskiego, ograniczył ją dojściem do Wisły. Wiedział bowiem, że rozpoczynając ofensywę z „wrót smoleńskich”, Warszawy jednym pociągnięciem zdobyć nie zdoła.

Do „cudu” doszło także i z tego powodu, że Wisła dla słabnących wojsk bolszewickich okazała się barierą nie do pokonania. Nic dziwnego. Kiedy wojska bolszewickie dotarły pod Płock i Wyszogród, na Wiśle czekały na nich polskie statki: „Moniuszko”, „Batory” i „Wawel”. Wyrazy uznania ich załogom przekazał gen. Haller w rozkazie z 9.09.1920 r. Sforsowanie tam Wisły przez bolszewików byłoby wielce szkodliwe.

Po „cudzie”

Po „cudzie nad Wisłą” armia Polska pokonywała tę samą trasę, co przed nim, tylko że w odwrotnym kierunku, zdobywając kolejne wsie i miasteczka utracone przez ostatnie dwa miesiące, jak Wyszków, Łomża, Augustów, Białystok, Grodno (wzięte 27 września), Brześć, Baranowicze, Nowogródek, Pińsk, Kowel. Taką niezwykle cenną wioską była np. Żabianka; cenną, bo znajdowała się tam węzłowa stacja kolejowa. Również Łuniniec był ważny, bo leżał na linii kolejowej Lida–Baranowicze–Sarny–Równe. Na Polesiu słynna stała się rzeka Szczara, do której wojsko polskie dotarło pod koniec września. Na początku października pojawiła się informacja o zamiarze wycofania się bolszewików za Berezynę i środkowy Dniepr, czyli na pozycje, które zajmowali przed inwazją na Polskę, a 9 października Żeligowski „samorzutnie” zajął Wilno. I tak to trwało aż do zawieszenia broni. Jesienią, 11.10.1920 r. stanął rozejm i rozpoczęły się przygotowania do rokowań pokojowych z bolszewikami w Rydze.

Czy to było potrzebne?

Gdyby nie zawadiacki alians Piłsudskiego z Petlurą, Lenin nie zdołałby wzniecić nacjonalizmu rosyjskiego, który spowodował, że nawet dotychczas „biali” wojskowi rzucili mu się w objęcia. Zamiast tego należało zawrzeć pokój z bolszewikami, „nie patrząc, że to bolszewicy”. Niestety, Polacy byli do tego stopnia zmanierowani, że mówili „z bolszewikami nigdy”, jakby nie znali zasady, że „polityk nigdy nie mówi nigdy”. A była szansa na to, by granicę polsko-bolszewicką oprzeć jeśli nie na środkowym Dnieprze, to na Berezynie... Szansy tej postanowiono nie wykorzystać. Gdyby wykorzystano, inne byłyby dzieje Europy, inna byłaby też dziś Białoruś...

Chwała poległym, śmierć dezerterom...

Z pól bitew dochodziły także do Łodzi meldunki o poległych – poległych, by stał się ten „cud”... Pod Radzyminem poległ ks. Ignacy Skorupka, kapłan pracujący także w Łodzi. Poległ kapitan Pogonowski i już we wrześniu powstał projekt wystawienia mu pomnika. Poległ ppor. Pączkowski. Poległ osiemnastoletni Kazio Łaszkiewicz i jego rówieśnik ppor. Józef Sobolewski, Adam Galewski – 27-letni ochotnik, członek chóru mariańskiego. Jesienią potwierdzona została smutna wiadomość, że w sierpniu jednak poległ poseł Napiórkowski. W kościołach odbywały się nabożeństwa żałobne „za spokój dusz ś.p. ułanów 9 pułku ochotników miasta Łodzi poległych w walkach o kresy wschodnie z dzikim, barbarzyńskim najeźdźcą”.

Ale prócz tych chwałą okrytych poległych, śmierć dosięgła także innych, tych, którzy okryli się niesławą poprzez dezercję, poprzez rabunek wojenny. Było ich wielu; chłopców niemalowanych, dla których wojenka nie była „Panią”. Za dezercję sądy doraźne orzekały karę śmierci. Dopiero pod koniec września Naczelnik Piłsudski ogłosił amnestię wobec tych, którzy dobrowolnie powrócą do wojska do 4 października. Zjawisko ogromnej dezercji pokazało, że nie wszyscy w narodzie byli do wojenki entuzjastycznie nastawieni.

Poezja utrwaliła ten „cud”

Okres wojny polsko-bolszewickiej obfitował w poezję patriotyczną i wojenną. Powstała Rota Hallera, Or-Ot napisał Marsz Hallera (na melodię Warszawianki), a Ludomir Rubach 22.10.1920 r. rymowany opis bitwy warszawskiej, zatytułowany Bój o Warszawę.

„Opowiedz bracie bój ten krwawy

co wam przysporzył ran i sławy. Co to ochronił lud Warszawy i uratował kraj.

Hej! był to dzień jak rzadko który, Tytanem żołnierz był i góry zdruzgotałby, jak wrogów chmury, co niosły „krasnyj” raj.

O nim powiadać będą dzieje, on w sercach Polan zajaśnieje i prędzej grób nasz spopieleje, nim ścichnie o nim pieśń.

Zygmunta gród już słyszał strzały, armatni ryk, a trupów wały wiślane brzegi hen zasłały czerwona śmierci pieśń.

I biegła wieść, że dzikie hordy, co niosą pęta, ogień, mordy, niczym tatarskie nowe ordy, już Polskę mają zgnieść.

I już Europa proroczy, że Polska znów zamknie oczy, że znów się w przepaść czarną stoczy, by w pętach życie wieść.

Lecz omylili się prorocy, bo nie widzieli boskiej mocy, jak Polak patrzył śmierci w oczy i ujrzał cud nasz wiek!

Bo oto blisko od stolicy, od serca kraju i źrenicy huragan jakiś w polach ryczy, w wiślany bije brzeg.

Hej! Cóż to? Bój, bój o Ojczyznę, o świętą Kazimierza spuściznę, o Lechii pola żyzne, o Europę to bój!

Zerwały się z gniazd ptaki białe: sędziwe ojce, dziatki małe, by swej Ojczyźnie wrócić chwałę, by kraj ratować swój.

Miłość Ojczyzny, miłość Boga wstrzymała dziki rozpęd wroga u warszawskiego grodu proga, (...) I wielki tryumf był.

Złamane, zbite pułki wraże, co na kultury szły ołtarze, wśród orgii walk i w armat gwarze, zmykały z wszystkich sił.

Dziś po tym boju jeno znaki: gruzy, popioły, smętne szlaki, boleści rozgłos wieloraki. Została grobów pieśń.

Lecz o nim mówić będą dzieje, on glorią sławy zajaśnieje. I prędzej ziemia spopieleje, nim scichnie o nim pieśń”.

Kwiecisty rozkaz Marszałka

Naczelnik państwa, pierwszy Marszałek Rzeczypospolitej z okazji rozejmowego zakończenia wojny wydał rozkaz do żołnierzy. Rozkaz był piękny, podniosły. Nic dziwnego, wszak brygadier Piłsudski szlifował formę na tym polu od początku wojny, czyli od wymarszu z Oleandrów. Jego styl przypomina odezwy do wojska wygłaszane przez Kościuszkę, lecz nie wiadomo, czy ten je głosił, czy też są fikcją literacką Reymonta z trylogii Rok 1794. „Żołnierze! Dwa długie lata, pierwsze istnienia wolnej Polski spędziliście w ciężkiej pracy i krwawym znoju. Kończy się wojna zupełnym zwycięstwem i nieprzyjaciel złamany przez was zgodził się wreszcie na podpisanie pierwszych i głównych zasad upragnionego pokoju. Żołnierze! Nie na próżno i nie na marne poszedł wasz trud. Polska nowoczesna zawdzięcza swoje istnienie wspaniałym zwycięstwom mocarstw zachodnich nad państwami rozbiorowymi, lecz zaraz od pierwszych chwil jej życia kierowało się mnóstwo wysiłków, by była ona igraszką dla intryg całego świata. Naród Polski porwał się do broni! Zrobił olbrzymi wysiłek tworząc liczną i silną armię. Na barki moje, jako naczelnego wodza, w ręce wasze, jako obrońców Ojczyzny, złożył Naród ciężkie zadanie: zabezpieczenie Polsce bytu, zdobycie dla niej szacunku i znaczenia na świecie i danie jej pełnej niezależności rozrządzania swoim losem. Zadanie nasze dobiegło końca. (...) Żołnierze! Zrobiliście Polskę mocną, pewną siebie i swobodną. Możecie być dumni i zadowoleni ze spełnienia swego obowiązku. Kraj, co dwa lata potrafił wytworzyć takiego żołnierza, jakim wy jesteście może spokojnie patrzeć w przyszłość”. Nie da się uniknąć wrażenia, że Piłsudski chciał takiej wojny, bo przecież jego „czyn legionowy” miał na celu odzyskanie niepodległości manu militari. Lecz to nie nastąpiło, bo naród, widząc jego wojaków, zamykał nie tylko okna, ale i okiennice. Nie da się uniknąć po lekturze tego rozkazu wrażenia, że Piłsudski brzydził się tej niepodległości otrzymanej z łaski. Najpierw była to łaska kaiserowska, a później łaska państw Ententy. Piłsudski Polski powstałej z owych łask nie chciał, teraz natomiast miał Polskę po walce żołnierza i po jego ofiarach. Takiej niepodległej Polski pragnął i taka zaistniała.

Apostolskie błogosławieństwo

Po skończonej wojnie Ojciec Święty Benedykt XV tymi słowami podsumował wojnę polsko-bolszewicką. „Zawsze nam na sercu leżały i były przedmiotem żywej troski sprawy Polski, toteż chętniej i radośnie przyjęliśmy wiadomość o zaszłych tam wydarzeniach, dzięki którym koleje waszej Ojczyzny od razu się poprawiły, a tem żywiej cieszymy się, że podziwiając najwidoczniejszą w tym bezpośrednią pomoc Bożą, pomyślny ten obrót przypisujemy zaleconym przez Nas po całym katolickim świecie modłom publicznym za Polskę. Nigdy bowiem nie wątpiliśmy, że Bóg będzie przy waszym narodzie. (...) To zaś dobrodziejstwo Boga-Wspomożyciela dziwnie na dobre wyszło nie tylko narodowi waszemu, lecz i innym ludom. Komuż bowiem nie jest wiadome, że szalony napór wroga to miał na celu, aby zniszczyć Polskę, owo przedmurze Europy, a następnie podkopać i zburzyć całe chrześcijaństwo i opartą na nim kulturę, posługując się do tego krzewieniem szalonej i chorobliwej doktryny. Niech przeto lud Polski, nieustające składając Bogu dzięki, to przede wszystkim ślubuje i przyrzeka, że nadal też bronić będzie pod kierunkiem swych Biskupów wiary katolickiej, tak jak Ojczyźnie swej wolność wywalczył: nie ma bowiem obawy dla ludu chrześcijańskiego, gdyż, «jeśli Bóg z nami, któż przeciw nam?»”.

0%

Informacja o plikach cookies

W ramach Strony stosujemy pliki cookies. Korzystanie ze Strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza zgodę na ich zapis lub wykorzystanie. Możecie Państwo dokonać zmiany ustawień dotyczących cookies w przeglądarce internetowej w każdym czasie. Więcej szczegółów w "Polityce Prywatności".