Zainstaluj aplikację Palestra na swoim urządzeniu

Palestra 11-12/2012

Ministerstwo Nierozważnych Kroków

Udostępnij

Po publikacji mojego poprzedniego tekstu kilku czytelników pytało, jaki właściwie jest tytułowy cel spadania. Odpowiadam słowami docenta W., jednego z bohaterów felietonów M. Radgowskiego, które są mottem powołanego zbioru: „Celem spadania jest wznoszenie się…”

W kolejnym numerze „Palestry” chciałem podzielić się uwagami na temat brytyjskości w polityce, kulturze i prawie. Polscy prawnicy mogą się od Brytyjczyków wiele nauczyć, a tzw. brytyjski punkt widzenia (i brytyjskie poczucie humoru) może być źródłem pożytecznych inspiracji. Do rozważań w tym zakresie skłoniły mnie własne doświadczenia, ale też prace Nialla Fergussona (Imperium. Jak Wielka Brytania zbudowała nowoczesny świat i Potęga pieniądza. Finansowa historia świata), Dawida S. Landesa (Bogactwo i nędza narodów), ostatnia, zdecydowanie lepsza od poprzedniej książka George’a Friedmana (Następna dekada. Gdzie byliśmy i dokąd zmierzamy), jak i opowieści rodzinne celebrytki Moniki Richardson (Pożegnanie z Anglią). Rozważania te postanowiłem wszakże odłożyć na później, gdyż o wiele pilniejsza stała się potrzeba odniesienia się do aktualnych pomysłów i projektów Ministerstwa Sprawiedliwości, które – wedle medialnych zapowiedzi – mają być zrealizowane w najbliższej przyszłości.

Zacznijmy od procedury karnej. W rezultacie nowelizacji Kodeksu postępowania karnego obrońcą ma być nie tylko adwokat, ale i radca prawny. W dyskusji, jaka przetoczyła się w tej kwestii przez prasę, przedstawiano wiele argumentów, spośród których przekonywające wydawały się szczególnie te, które uzasadniały niemożność pogodzenia pracy na etacie z obowiązkami obrońcy. Dominowała rzeczowość i nie raził w niej nawet triumfalizm przedstawicieli samorządu radcowskiego, z którego wynikało, że tę korzystną dla nich zmianę mają od władzy obiecaną jak rowerek na komunię. W dotychczasowej dyskusji nie postawiono wszakże następującego pytania – do jakiego modelu obrońcy w polskim procesie karnym zmierzamy i jakim wartościom ma on służyć? Co jest priorytetem – zapewnienie zarobkowego zajęcia jak największej liczbie prawników czy ochrona praw jednostki w starciu z aparatem państwa?

Szerokiego dostępu do funkcji obrońcy, umożliwiającego traktowanie jej również jako zajęcia dodatkowego, nie da się pogodzić z dobrem oskarżonego. Dla znawców sądowej rzeczywistości zrozumiałe jest porównanie obrońców karnych do chirurgów, bo ryzyko i emocje w ich pracy porównywalne są z pracą przy stole operacyjnym. Nie przekonuje mnie twierdzenie, że to taka sama specjalizacja, jak prawo podatkowe czy prawo spółek handlowych. Oskarżony, siedzący na rozprawie za swoim obrońcą, powierza mu swój los, swoje nadzieje i swoją trwogę. Obrońca jest przewodnikiem, który ma go przeprowadzić przez trudne doświadczenia i dać gwarancję, że nie zostanie skrzywdzony. Kto tego nie rozumie, niech nigdy nie podejmuje się obrony! A żeby to zrozumieć, nie wystarczy czerpać wiedzy o procesie karnym z podręczników czy komentarzy, trzeba chcieć oglądać sądową rzeczywistość na co dzień, a przede wszystkim mieć poczucie odpowiedzialności i misji do wykonania.

powiedzialności i misji do wykonania. Wyznacznikiem jakości obrońcy nie jest tylko znajomość prawa, tak jak wyznacznikiem umiejętności chirurga-operatora nie jest tylko znajomość anatomii. Tak jak nie każdy lekarz nadaje się na chirurga, nie każdy adwokat czy radca prawny nadaje się na obrońcę, choćby był dobrze wykształconym prawnikiem. Miarą klasy obrońcy jest umiejętność destrukcyjnego wykorzystania procedury, przesłuchiwania świadków, zastosowania właściwej taktyki, wreszcie przekonywania nieprzekonanych. Tego nie uczą w książkach i trudno nabyć te umiejętności, jeśli nie zajmuje się tym na co dzień. Sąd karny to nie jest miejsce dla okazjonalnych obrońców, tak jak zatłoczona warszawska ulica to nie miejsce dla niedzielnych kierowców. Ten, kto chce być obrońcą tylko sporadycznie, traktując praktykę karną jako dodatek do innej podstawowej praktyki, nigdy nie będzie miał umiejętności dających mocodawcy gwarancję należytej staranności.

Obrona jednostki to w Polsce wciąż poważne wyzwanie, skoro spotyka się nadal stereotypowe opinie, że jeśli już ktoś stanął przed sądem, to pewnie jest winny, bo w przeciwnym razie nie zostałby oskarżony, skoro rzeczywistość sądową niejednokrotnie postrzega się opacznie za sprawą goniących za sensacją mediów, skoro politycy nie widzą nic złego w zalecaniu sędziom, jak mają karać. W interesie obywateli obroną jednostki powinni się zajmować fachowcy, a nie amatorzy.

Można wreszcie spytać, czy autorzy zmian chcieliby być operowani przez lekarzy, którzy ze stołem operacyjnym mają do czynienia tylko sporadycznie albo zamierzają ćwiczyć dopiero na ich przypadku? A może chodzi o to, żeby naprzeciw oskarżyciela coraz częściej stawał słaby obrońca? Gdzie w tym modelu dobro oskarżonego konfrontowanego z aparatem państwa? Proponowana zmiana Kodeksu postępowania karnego to krok co najmniej nierozważny.

Kolejnego kroku w złym kierunku doczekamy się w procesie cywilnym. Ministerstwo proponuje zmienić Kodeks postępowania cywilnego tak, aby sędziowie rzadziej niż dotychczas musieli pisać uzasadnienia swoich orzeczeń, zastępując je tzw. uzasadnieniem uproszczonym, wskazującym tylko podstawę prawną i przytoczenie przepisów, bądź transkrypcją uzasadnienia ustnego. Dlaczego? Bo pisanie uzasadnień na dotychczasowych zasadach zajmuje zbyt wiele czasu i trzeba zabierać pracę do domu. Wprowadzenie takiej zmiany wywróci do góry nogami zarówno dotychczasowy model zaskarżania orzeczeń, jak i istotnie zmieni na niekorzyść skarżącego praktykę ich sporządzania. Obawiam się, że zarówno autorzy środków odwoławczych, jak i sądy drugiej instancji będą wiele kwestii przyjmować hipotetycznie, nie znajdując na nie odpowiedzi w uproszczonych uzasadnieniach. Innymi słowy, będą się domyślać, jakimi motywami kierował się sąd, wydając zaskarżone orzeczenie, i przewidywać różne warianty, konstruując na poparcie zaskarżenia alternatywne argumentacje. Dla pomysłodawców zmian zapewne nie jest istotne, że praca pełnomocnika będzie trudniejsza. Ale czy nie jest istotne to, że stronie będzie trudniej zrozumieć zasadność sądowych decyzji i że trudniej będzie je skutecznie zaskarżać? Czy nie jest istotne to, że sądom drugiej instancji będzie trudniej skontrolować prawidłowość postępowania instancji pierwszej?

Dzisiaj chyba wszystko można wytłumaczyć dążeniem do nowoczesności. Może ministerialni wizjonerzy dążą do modelu, gdzie orzeczenie uzasadnione w formie transkrypcji ustnej wypowiedzi sędziego zostanie zaskarżone poprzez przesłanie pliku zawierającego transkrypcję ustnej wypowiedzi pełnomocnika? Skoro sędzia ma być zwolniony z pisania, to czemu nie zwolnić z pisania także pełnomocników? Tylko gdzie w tym „dążeniu do nowoczesności” ochrona interesów stron procesu?

Z całym szacunkiem dla naprawdę ciężkiej i trudnej pracy sędziów, nie sposób nie postawić pytania: czy strona, która uiszcza wcale niemałe opłaty sądowe, nie zasługuje na pełne wyjaśnienie zapadłego orzeczenia? Jestem przekonany, że tak zmienionym przepisom będzie można zarzucić sprzeczność z Konstytucją, zapewniającą obywatelom prawo do sądu.

Niemądry krok szykuje się i w zakresie kosztów sądowych. Ministerstwo przygotowuje projekt zmiany ustawy o kosztach sądowych w sprawach cywilnych z 2005 roku. Nie warto tej ustawy bronić, bo wywołała zamieszanie i Sąd Najwyższy musiał się napracować, aby wyjaśnić niejasności i ukrócić rozbieżności w orzecznictwie sądów powszechnych po jej wprowadzeniu. Warto wszakże bronić stabilności prawa. Poprzednia ustawa o kosztach sądowych obowiązywała bez istotnych zmian 38 lat. Nowa – zdaniem ministerstwa – już po 7 latach wymaga zmiany, i to bardzo istotnej dla praktyków, prowadzącej bowiem do całkowitego zniesienia pobierania opłat w postaci znaków sądowych. Płatności mają być dokonywane przelewem lub gotówką do kasy sądu. Znaki sądowe według uzasadnienia projektu to anachronizm (bo obowiązują od ponad 80 lat) stojący na drodze do cyfryzacji wymiaru sprawiedliwości, który kosztuje zbyt wiele pieniędzy i pracy. „Proponowana zmiana przyniesie więc realne oszczędności dla Skarbu Państwa, odciąży sędziów oraz pracowników sekretariatów od wykonywania czynności związanych z kasowaniem znaków oraz doprowadzi do ujednolicenia opłat sądowych w różnych rodzajach postępowań sądowych” – czytamy w uzasadnieniu projektu zmiany ustawy.

Uiszczanie niskich (do 1500 zł) opłat sądowych poprzez naklejanie znaków sądowych na pismach do sądu to obecnie powszechna, wygodna dla stron praktyka. Dla stron to istotne ułatwienie, szczególnie gdy sąd będący adresatem pisma jest w innym mieście. Dla sądu to najprostszy i najszybszy sposób sprawdzenia, czy strona wywiązała się z obowiązku wniesienia opłaty, co sprzyja szybkości postępowania. Czy pod hasłem cyfryzacji i oszczędności warto rezygnować ze sprawdzonych i wygodnych rozwiązań?

Z zapowiedzi nowego rozporządzenia wykonawczego do ustawy wynika, że opłaty sądowe mają co do zasady wzrosnąć. Dlaczego, skoro już teraz są wysokie? Może trzeba opublikować dane, ile kosztuje polskiego obywatela dostęp do sądów w porównaniu z obywatelami innych krajów Unii Europejskiej?

Byłem dotąd przekonany, że nadrzędnym celem sądów w państwie prawa jest udzielanie ochrony prawnej poszukującym jej jednostkom i wymierzanie sprawiedliwości. Podsumowując powyższe projekty i pomysły resortu sprawiedliwości, odnoszę wrażenie, że dla ich autorów dobro obywatela wcale nie jest najważniejsze.

Nie podzielałem też dotąd opinii wielu starszych zawodowych kolegów, że im dłużej wykonują zawód adwokata, tym więcej widzą w polskim wymiarze sprawiedliwości niepotrzebnych barier, niekompetencji i niezrozumiałych zmian na gorsze, że sądowa rzeczywistość jest dla obywatela coraz bardziej ponura, a przebudowa mającego wymierzać sprawiedliwość aparatu państwowego odbywa się nie tylko bez wizji i planu, ale i bez wyobraźni o jej praktycznych skutkach. Uważałem dotąd takie głosy bardziej za rezultat zawodowego zmęczenia niż efekt obiektywnych obserwacji. Niestety, po analizie aktualnych ministerialnych pomysłów skłonny jestem teraz się do tych opinii przyłączyć.

Jeśli dodamy jeszcze projekty deregulacyjne i likwidację małych sądów, to można odnieść wrażenie, że Ministerstwo Sprawiedliwości staje się na naszych oczach Ministerstwem Nierozważnych Kroków. Jako że niewiele potrafimy na to poradzić, co wrażliwszym kolegom mogę tylko w celach terapeutycznych zasugerować obejrzenie programu telewizyjnego sprzed około czterdziestu lat, gdzie Cyrk Monty Pythona (i znów ta brytyjskość!) przedstawia skecz o urzędnikach Ministry of Silly Walks, i wyobrażenie sobie, że to aktualni decydenci z naszego ministerstwa…

0%

Informacja o plikach cookies

W ramach Strony stosujemy pliki cookies. Korzystanie ze Strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza zgodę na ich zapis lub wykorzystanie. Możecie Państwo dokonać zmiany ustawień dotyczących cookies w przeglądarce internetowej w każdym czasie. Więcej szczegółów w "Polityce Prywatności".