7-8
2018
lipiec-sierpień
W następnym numerze
Prenumerata
Miesięcznik Palestra
Orzecznictwo Izby Karnej i Izby Wojskowej Sšdu Najwyższego
Rocznik OSN w sprawach karnych
Kontakt
Kolegium
www.palestra.pl środa, 19 grudnia 2018
*artykuł


 Palestra 7-8/2011


Stanisław Milewski (Warszawa)

Zaczęło się od Pitavala

Procesy sądowe od dawien dawna przyciągały uwagę opinii publicznej. Jako pierwszy tę cechę natury ludzkiej, jaką jest żądza sensacji, podchwycił i wykorzystał do zainteresowania czytającej publiczności francuski adwokat François Gayot de Pitaval (1673–1743). Opublikował mianowicie w 1734 roku pierwszy tom zbioru głośnych w jego czasach procesów sądowych, początkowo przeznaczony wyłącznie do użytku sędziów kryminalnych, pt. Causes cèlèbres et interessantes avec les jugments qui les ont decidées („Słynne i ciekawe procesy wraz z wyrokami w nich zapadłymi”) . Zbiór ten z czasem uzupełniał, aż liczył łącznie 32 tomy, nazwisko autora stało się zaś synonimem zbioru ciekawszych procesów sądowych i w tym znaczeniu termin pitawal używany jest od XIX wieku aż do dzisiejszego dnia.
W Polsce, jako że język francuski był w tym czasie doskonale znany, przynajmniej elitom, dzieło Pitavala stało się dość popularne. Było nawet w trzydzieści lat po ukazaniu się pierwszego wydania tłumaczone we fragmentach na język polski. Inicjatorem tego przedsięwzięcia był Ignacy Krasicki, który w tym czasie sprawował funkcję prezydenta trybunału małopolskiego i troszczył się o podniesienie poziomu lwowskich prawników. Sporządzono rękopis liczący 24 karty, zatytułowany Sądy sławne..., które nam historia podaje z przyłączeniem niektórych rozsądzeń, czynionych przez dwory udzielne, o których nie masz wiadomości.
Na tamtym terenie oraz w zaborze pruskim można się było ze zbiorem Pitavala zapoznać także w języku niemieckim, jako że w latach 1747–1768 Fryderyk Schiller wydał w Jenie czterotomowy wybór monumentalnego opus magnum paryskiego adwokata. Zdaniem niemieckich autorów wybór ów stał się bardziej znany niż opublikowany w latach 1747–1767 pierwszy niemiecki przekład w dziesięciu tomach czy wydany w latach 1782–1792 w Jenie przez Karola Wilhelma Franza, adwokata z Gery, wybór czterotomowy .
W tym czasie dorobek Pitavala zyskał już sławę w całej Europie. „Wszyscy umiejący czytać czytywali o tych sprawach” – konstatował paryski adwokat Richer, który w latach 1768–1770 doprowadził do wznowienia wielotomowego zbioru. Jak twierdzi niemiecki historyk prawa Günter Kraupl, Francois Gayot de Pitaval zasłużył się nie tylko tym, że zapoczątkował publicystykę kryminalną. Opisywał bowiem przestępstwa zarówno biednych, jak i bogatych, a do tej pory o skłonności do nich podejrzewano raczej jedynie tych pierwszych. Starał się, nie pisząc tego wprost, mierzyć przestępstwa tą samą miarą. Podkreślając równość ludzi wobec prawa karnego, kwestionował jednocześnie uprzywilejowanie w tym względzie warstw wyższych. W tamtym okresie było to działanie dość odważne; przykładem jest chociażby opisanie procesu markizy de Brinvillier, trucicielki, morderczyni ojca i dwóch braci, „zarówno z zemsty, jak i z żądzy bogactwa”. Tak to określił wyrok, który dzięki upowszechnieniu go przez Pitavala był żywo komentowany w całej Europie, zwłaszcza w kręgach prawniczych.
Zwracając uwagę na oryginalność Pitavala, podkreśla się jednocześnie, że opierał on swoje opisy na aktach procesów karnych. W szerokim zakresie cytował dosłownie zeznania sprawców, świadków i biegłych. Nadał tym samym jawność tajnemu dotychczas biegowi prawa, czego dopiero znacznie później, bo w następnych już dekadach, domagali się myśliciele oświecenia. Był w tym także prekursorem Johanna P. A. Feuerbacha (1775–1833), który w swym podręczniku Lehrbuch des gemeinen in Deutschland geltenden peinlichen Rechts (1801) napisał słynne zdanie, że „welon tajemnicy nie przystoi wymiarowi sprawiedliwości”. Przyczyniając się do zniesienia tortur i wprowadzenia jawności i ustności postępowania sądowego w Bawarii, wywarł jednocześnie – na co zwracają uwagę historycy prawa karnego – wpływ na praktykę procesową innych krajów europejskich. Otworzył też rozwijającemu się na początku XIX wieku dziennikarstwu drogę na sądowe sale i umożliwił specjalnym wysłannikom redakcji pisanie reportaży z procesów interesujących opinię publiczną.
Johann Paul Anselm von Feuerbach, sędzia i sławny profesor prawa w Jenie, miał jeszcze inne zasługi. Kontynuował mianowicie dzieło Pitavala, wydając w latach 1808–1811 dwutomowy zbiór Godne uwagi sprawy kryminalne z terenów niemieckich. Poszerzone drugie wydanie ukazało się w latach 1828–1829 pod tytułem Opis godnych uwagi przestępstw na podstawie akt dokonany. Jednej ze spraw o otrucie nadał tytuł Sprawa Anny Margarety Zwanziger, niemieckiej Brinvillier. Po Feuerbachu tradycję Pitavala podjął w 1842 roku karnik J. E. Hitzig i pisarz Willibald Alexis. Pod tytułem Nowy pitaval – zbiór najciekawszych spraw karnych ze wszystkich krajów z dawniejszych i nowszych czasów ukazywały się, aż do 1865 roku, po dwa tomy rocznie. Günter Kraupl twierdzi, że cieszyły się one mniejszym zainteresowaniem, gdyż zwłaszcza po śmierci Alexisa przestępstwa traktowano mniej jako zjawisko społeczne, a bardziej zwracano uwagę na „mroczną stronę natury ludzkiej” .

Znaleźli się naśladowcy Pitavala także i na naszym gruncie, w tym samym zresztą czasie, gdy autor ów stał się modny w Niemczech, czyli w latach czterdziestych XIX wieku. Pierwszy w języku polskim pitawal ukazał się ponad wiek po inicjatywie paryskiego adwokata. Wydał go w 1848 roku we Wrocławiu Henryk Emanuel Glücksberg (1802–1870), ukrywający się pod pseudonimem E. Feliks Górski. W tomie zatytułowanym Czarna księga. Zbiór najciekawszych procesów kryminalnych dawniejszych i nowszych czasów brak jednak zupełnie kazusów z naszych sądów. Wszystkie procesy pochodziły z praktyki sądowej Francji, Anglii, Irlandii, Holandii i Niemiec. Niektóre rozgrywały się w XVI wieku, ale większość w XVIII i XIX wieku; najnowszy był z 1843 roku.
Autorem tego pionierskiego na ziemiach polskich zbioru reportaży sensacyjno-kryminalnych był 46-letni wówczas prawnik, syn znanego warszawskiego księgarza-wydawcy, Natana Glücksberga, sam zresztą też zasłużony na polu edytorskim, bo opracował krytyczne wydanie dzieł Jana Kochanowskiego i Łukasza Górnickiego, a także elementarz dla dzieci.
Reportaże zawarte w zbiorze Glücksberga – wznowione w 1959 roku , dzięki czemu są dostępne i dziś, bo oryginalne wydanie uległo niemal kompletnemu „zaczytaniu” – odznaczają się nienaganną formą, mają interesującą fabułę, pisane są potoczyście i pięknym językiem. Mają zresztą nie tylko walory literackie. Ten wzorcowy wręcz przykład kryminalnej literatury faktu, jaką od początku były pitawale, do dziś zachowuje swą wartość dokumentu obrazującego najbardziej typowe przestępstwa dawnych czasów, jak zabójstwa i otrucia z chęci zysku, ale i tak niepospolite, jak wykopywanie zwłok, by odprzedać je anatomom lub odstąpić zęby zmarłego ówczesnym dentystom. Z książki poznać też można ówczesne metody śledcze, procedury sądowe, zapadające wyroki – to wszystko, co bywało smaczkiem nie tylko dla współczesnych Glücksbergowi prawników, ale stać się może nim także i dzisiaj dla osób interesujących się prawem.
Autor obficie czerpał z dzieła Pitavala, odwołując się do niego niekiedy wprost, widać też, że sięgał do gazet. Wertował sądowe akta, cytował mowy oskarżycieli i obrońców. Jego dzieło ma zapewnione trwałe miejsce w historii tego tak rzadkiego na naszym gruncie gatunku literackiego, jakim są dawne pitawale. W pełni zasłużył sobie na miano jego klasyka.
Wkrótce znalazł się naśladowca. Był nim Ludwik T. Tripplin (1814–1866), wywodzący się z protestanckiej rodziny z Kalisza: jego ojciec był w tamtejszej szkole profesorem literatury łacińskiej i greckiej . Większą sławę niż Ludwik zyskał sobie jego starszy o rok brat, Teodor, pisarz, podróżnik i lekarz, w latach młodości filar cyganerii warszawskiej.
Ludwik Tripplin rozpocząl w 1852 roku, też we Wrocławiu, podobnie jak Glücksberg, wydawanie serii Tajemnice społeczeństwa wykryte w sprawach krajowych i zagranicznych.
Ukazało się łącznie sześć tomów: pierwsze trzy poświęcone zostały sprawom krajowym, następne zaś sprawom zagranicznym; te ostatnie zresztą są dziś niedostępne nawet w Bibliotece Narodowej.
Ignacemu J. Kraszewskiemu zawdzięczał Tripplin zręczną maksymę, którą wykorzystał we wstępie, a mógłby ją zamieścić jako motto na początku swego dzieła: „nie można wymagać, aby każdy materiał sam obrabiał: wielką już ma zasługę, kto go z niepamięci wydźwignie”. Jako też wydobył z niepamięci kilka dokumentów lokalnych, a które być może bez niego by przepadły: trzy bardzo interesujące sprawy wypisane z księgi miejskiej miasta Pyzdry z roku 1732, 1734 i 1740, a także dwie sprawy wypisane z akt miejskich Sieradza z roku 1693 i 1727.
Zastosował bowiem metodę, która zapewniła jego dziełu wartość dla historyków. „Gdzie bowiem czas zniszczył wszelkie dokumenta lub gdzie takowe wykryć się nie dało – czytamy we wstępie – należało z porozpraszanych źródeł, a często nawiasowo tylko dotkniętych faktów ułożyć narracyą, ile być może dokładny obraz sprawy przedstawiającą. Gdzie zaś możność dozwoliła wyśledzić dokumenta, mianowicie z odległejszej epoki, przytaczaliśmy je wiernie i dosłownie, sądząc, że rzecz sama zyska przez to na wiarygodności, a mozolnie zebrane materiały po archiwach kraju tym jedynie sposobem do dalszego użytku rozpowszechnić się dadzą” . Podkreślił też nowatorstwo i wagę swojej pracy, że jest to „niwa dotąd w naszej literaturze nie obrabiana”, „znajdzie więc zachętę ze strony publiczności naszej”. Jeśli się zawiódł, to tylko dlatego, że rzecz napisał dużo mniej sprawnie i mniej interesująco przedstawił poszczególne kazusy, niż zrobił to wręcz po mistrzowsku jego poprzednik, chociaż przedstawione przez tamtego procesy nie działy się w kraju.
Ale trzeba przyznać, że Tripplin przedstawił w swym dziele procesy w większości niezwykłej wagi i interesujące przez swą materię i skazańców. Widać też, że postawił sobie wyraźny cel: ukazanie i napiętnowanie obskurantyzmu poprzedniej epoki. „Ze spraw przedstawionych – pisał we wstępie – dostrzeżemy łacno, jaki wpływ szczególniej fanatyzm i zabobon w dawniejszych, a niestety! Niezbyt odległych czasach na prawodawstwo wywierał; jak najczęściej nieistniejące w czynie zarzuty przestępstw wskutek zabobonnego wyobrażenia ludu, a częściej wyeksploatowane przez fanatyzm spekulujący na ludzie, wywoływały najsroższe artykuły prawa karnego i jak często Sądy w ich zastosowaniu srogość nad literę krwawego prawa posuwały. Do tego rzędu spraw zaliczamy szczególniej sprawy przeciwko czarownicom i ich wspólnictwo ze złymi duchami, sprawy przeciwko Żydom o zamordowanie dzieci chrześcijańskich” . Do tego rzędu zaliczył też sprawę Jana Łyszczyńskiego, spalonego czy też ściętego przed zapaleniem stosu za ateizm w 1689 roku . Niepomiernie srogo obeszło się też ówczesne prawo – o czym pisze Tripplin – z zamachowcem na króla Zygmunta III, Michałem Piekarskim, herbu Topór; do dziś mówi się o „mękach Piekarskiego” . Dużo miejsca poświęcił autor zbioru od razu w pierwszym tomie „aferze trucicielskiej” Dogrumowej; będzie szerzej mowa o tej sprawie przy omawianiu książki biskupa Adama Naruszewicza, na której Tripplin oparł swoją relację.

Zanim dziennikarz wszedł na sądową salę, swoiste sprawozdania z procesów pisali sami zainteresowani: procesujące się strony lub oskarżeni pragnący oczyścić się przed opinią publiczną ze stawianych im zarzutów. Bywały to przeważnie kilkukartkowe broszury o tasiemcowych wręcz tytułach, w których nierzadko wykładano całą materię sporu.
Przykładowo wymienić można taki druk z początku XIX wieku: Historia sprawy Sroczyńskich, succesorów Mich. Sroczyńskiego, szambelana, przeciwko W. Janowi Olbrych Szaniec¬kiemu, rekursem od wyroków trybunału I inst. i apelacyjnego, przez tegoż W. Olbrycha do Sądu Najwyższego Król. Polsk. Wniesionej, w przedmiocie sumy 500 000 złotych polskich Z procentem, która z ordyn. margrabstwa Pińczowskiego należy się i na rzecz ich już exekwowaną i ratami pobieraną była. teraz zaś od W. Olbrycha, gdy tenże kupił od J.W. margr. Wielopolskiego ordynację wymienioną, zaprocesowaną została .
Owe druki, wydawane w celu „zainformowania publicum”, tytułowane jako „accesoria”, „doniesienia”, „głosy za niewinnością”, „przełożenia interesu”, „uskarżenia się”, „wyłożenia krzywd i ucisków”, „wyobrażenia sprawy” itp., masowo produkowały w drugiej połowie XVIII i na początku XIX wieku niemal wszystkie oficyny drukarskie. Rozdawano je w kręgach sądowych, palestranckich, zainteresowanych sprawą w celu urobienia sobie przychylności.
Broszurki ogłaszano najpierw bezimiennie, od lat trzydziestych XIX wieku podpisywane były przez prawników, pełnomocników stron. Nie obywał się bez nich żaden znaczniejszy sądowy proces, a im więcej strony przykładały wagi do sprawy, im były bogatsze, im więcej było osób zainteresowanych daną sprawą – tym wydawano ich więcej.
Rekordy pobiła niewątpliwie najgłośniejsza sprawa w epoce stanisławowskiej – Antoniego Tyzenhauza, podskarbiego nadwornego litewskiego, która rozgrywała się w latach 1780–1784. Tyzenhauz miał właściwie dwa procesy: o ekonomie litewskie przed Sądem Nadwornym Asesorskim Litewskim i ze Skarbem Rzeczypospolitej przed Komisją Skarbową Litewską. Oskarżono go „o używanie prywatne dochodów skarbowych”. Owa sprawa, wlokąca się przez cztery lata, przyniosła blisko 80 różnych publikacji, w sumie ok. 700 stron druku in folio, w większości pochodzących od Tyzenhauza, który prowadził intensywną akcję obronną, także w Sejmie. W efekcie procesu podskarbi zakończył życie, gdyż – jak podają źródła – „popadł w stan podniecenia nerwowego, niemal niepoczytalności psychicznej” .

Druga głośna afera z tego samego okresu – znana jako „afera Dogrumowej” – przedstawiona została już w publikacjach książkowych. Pisane były one również z inspiracji zainteresowanych, a ich cel stanowiła polemika, a nie obiektywne przedstawienie sprawy. Pierwsza, pt. Sprawa między Xięciem Adamem Czartoryskim Generałem Ziem Podolskich oskarżającym, a Janem Konarzewskim generałem majorem przy Boku J.K.Mci i Franciszkiem Ryxem Starostą Piaseczyńskim Kamerdynerem Królewskim oskarżonymi jakoby o zamysł strucia tego Xięcia, wydana została bezimiennie w 1785 roku. Już samo słowo „jakoby” w tytule świadczy o intencjach autora, który bronił oskarżonych. Owym publicznym adwokatem w tej sprawie był biskup Adam Naruszewicz, natomiast ich oskarżycielem pod pseudonimem Jan Witt był „książę mówców Sejmu Czteroletniego” – Stanisław Kostka Potocki, który odpowiedział na 250-stronicowe dzieło Naruszewicza publikacją pt. Listy polskie pisane w roku 1785.
Kim była Dogrumowa i na czym polegała sprokurowana przez nią afera?
Marię Teresę Dogrumową niektórzy porównują do francuskiej aferzystki – hrabiny de la Motte, upamiętnionej na kartach popularnej powieści Aleksandra Dumasa Naszyjnik królowej. Nie ma w tym przesady; i w jednym, i w drugim przypadku zadziwia miałkość intrygi niewspółmierna do wywołanych na królewskim dworze reperkusji.
Cała sprawa miała bowiem drugie dno. Banalne fakty, które składają się na fabułę historyjki wysmażonej przez tę międzynarodową aferzystkę, nabierają zgoła innego wymiaru, jeśli uwzględni się tło, na którym rzecz się dzieje. Rozplotkowany dwór, roznamiętnione arystokratki usiłujące umocnić albo utrzymać wpływy swych mężów lub kochanków, krzyżujące się interesy kamaryli i stronnictw, knowania rezydentów dworów ościennych i dalszych, a nawet odległych, ale mających różne interesy dyplomatyczne na względzie – oto ogień, przy którym owa osóbka „niegardząca intrygą ani nierządem”, jak piszą o niej pamiętnikarze, upiekła pasztet, który nie smakował nikomu, a zaszkodził tak wielu; intrygantce także nie wyszedł na zdrowie.
Maria Teresa Dogrumowa była typową awanturnicą, jedną z tych, które grasowały w całej XVIII-wiecznej Europie. Nawet jej pochodzenie i rodowe nazwisko nie zostały do końca wyjaśnione (podobno z domu nazywała się de Neri, a po pierwszym mężu – Le Clerq). Jedni utrzymywali, że wywodziła się z Holandii, inni mówili o Wiedniu, jeszcze inni o Włoszech. Nie miało to zresztą większego znaczenia, bo i tak domowe pielesze porzuciła we wczesnej młodości, zabierając jako wiano na nowe samodzielne życie biżuterię matki. Aby uniknąć licznych wierzycieli, bo długów zawsze miewała sporo, zmieniała często miejsce pobytu; w Warszawie – rzecz znamienna, bo tu jakże często znajdowali przytułek i hojnych sponsorów, łącznie z łatwowiernym monarchą, liczni niebiescy ptaszkowie, wśród nich osławiony Casanova – w sumie spędziła dość długi okres swego życia.
„Znano ją i za granicą – pisze o Dogrumowej autor pierwszego polskiego pitawala, Ludwik T. Tripplin – gdzie dla zysków i nierządnego życia i oszukiwania ludzi, przybierając najznakomitszych rodzin nazwiska, podróże odbywała, aby pod tymi pozorami do litości nad sobą, jako uciśnioną przypadkami, a ozdobioną wielkiego rodu zacnością, obłąkane serca pobudziła” .
Do stolicy Polski po raz pierwszy trafiła w 1767 roku; natychmiast też stało się tu głośno o jej „miłosnych koneksjach” z wieloma osobistościami z najlepszego towarzystwa. Biografowie z trudem odtwarzają jej zawikłane losy; wkrótce wyjechała na siedem lat do Rosji i powróciła stamtąd w 1782 roku jako żona majora Ugriumowa. Z tego okresu zachował się jej literacki portret: „niska, chuda, blada, nos pociągły, oczy czarne i żywe, brew gęsta, podstarzałe wdzięki”.
Temperament pchał ją ciągle do intryg; ostrzegała np. Stanisława Augusta, że w Grodnie zostanie otruty przez spiskowców, obiecywała nawet bliższe szczegóły, oczywiście nie bezinteresownie. Nie zdołała jednak przyciągnąć uwagi króla; na odczepnego wszakże dano jej jakąś kwotę, ale gdy ponownie usiłowała dotrzeć do królewskiej kiesy – spotkała się ze stanowczą odprawą.
Znajdując się w rozpaczliwej sytuacji, zmontowała drugą intrygę „trucicielską”: poinformowała księcia Adama Czartoryskiego, że kamerdyner królewski Ryx razem z generałem Komarzewskim, również z otoczenia monarchy, opłacili ją, by go otruła. Wynikło z tego kilka procesów przed Sądem Marszałkowskim: Czartoryski oskarżył Ryxa i Komarzewskiego, że go chcieli otruć, ci znów księcia o fałszywe oskarżenie, Dogrumową zaś o zniesławienie. W efekcie „Familia” na długo została skłócona z obozem królewskim, co wywarło negatywny wpływ na politykę wewnętrzną kraju, samą zaś Dogrumową kat napiętnował publicznie na rynku Starego Miasta i trafiła na długie lata najpierw do warszawskiego Cuchthauzu, a potem do więzienia w Gdańsku.

O ile o aferze Dogrumowej Ludwik Tripplin pisał z perspektywy półwiecza z górą, o tyle publikacja Naruszewicza – podkreślmy raz jeszcze, chociaż adwokat i historyk w jednej osobie, Roman Łyczywek, chwalił ją za obiektywizm – służyła doraźnym celom politycznym: obronie obozu królewskiego skłóconego z „Familią”. Równie doraźny cel miał inny „reportaż sądowy” pisany ad hoc w późniejszych już czasach, bo w dobie powstania listopadowego, tyle że – chociaż równie obiektywny – nie służył obronie, ale oskarżeniu.
Chodzi o broszurę adwokata Bazylego Mochnackiego Sprawa Birnbauma jako dowód jednej z wielu innych uciążliwości przez Polaków wycierpianych w krótkości z akt sądowych wyciągniona. Jest to sprawa godna szczególnego omówienia, bo nie trafiła do żadnego z pitawali, niewiele też piszą o niej historycy. Jedynym bodajże wyjątkiem był Szymon Askenazy, który w monografii poświęconej Waleremu Łukasińskiemu przyrównuje Birnbauma do Vidocqa . Porównanie to wydaje się nietrafne, dlatego że paryski flic, jakim stał się Vidocq, trafił do policji z przestępczego światka, natomiast Birnbaum związał się z tym światkiem już jako urzędnik policji.
Adwokat Bazyli Mochnacki (1777–1884) zasługuje na przypomnienie nie tylko jako autor tej demaskatorskiej broszury i ojciec sławnego Maurycego oraz o rok od niego młodszego Kamila. Stracił ich zresztą obydwu, jako ludzi w kwiecie wieku; Kamil, bardzo aktywny w czasie powstania, a potem jako działacz emigracyjny, zmarł w 1833 roku, Maurycy przeżył go tylko o rok. Ojca zresztą nie omijały i inne zgryzoty: dwa razy stracił majątek i umarł w zapomnieniu.
A zasług miał niemało. Gorące serce już od wczesnej młodości skłaniało go do patriotycznych porywów. W wieku 16 lat porzucił szkołę i przystał do kościuszkowskiej insurekcji. Walczyć musiał bohatersko, skoro Naczelnik osobiście przypiął mu do piersi Krzyż Żelazny. To wysokie odznaczenie opłacił poważnymi ranami. Pożegnał się z wojskową karierą, która go pociągała, i ukończył we Lwowie prawo, uzyskując stopień doktora.
„Palestrant z zawodu – pisze o nim biograf – miał żyłkę do polityki i do pióra, chętnie i umiejętnie zabierał głos w sprawach publicznych”. Zdobył liczną klientelę wśród galicyjskich magnatów, wybił się, cieszył się też dużą popularnością, bo gdy w 1809 roku wysyłano delegację do Wiednia, żeby tam złożyła Napoleonowi podziękowania za oswobodzenie Galicji, Komitet Obywatelski wyznaczył go do jej składu. Nie miał widocznie potem łatwego życia, sprzedać bowiem musiał majątek, na którym gospodarzył, „godząc ziemiaństwo z prawnictwem”, i w 1819 roku przeniósł się do Warszawy.
Tu też nie wiodło mu się nadzwyczajnie; początkowo kontentować się musiał skromną posadą asesora w prokuratorii królewskiej, następnie zaś radcy prawnego w komisji oświecenia. Gdy za sumienność przedstawiony został do awansu na referendarza stanu, wniosek ten spotkał się z ostrym sprzeciwem wielkiego księcia Konstantego. Kandydat – jego zdaniem – źle wychował synów, bo zarówno najstarszy Maurycy, jak i drugi z kolei – Kamil, byli nieprawomyślni. Maurycego, nawiasem mówiąc, udało się na pewien czas przytemperować, a nawet zrobić referentem cenzury, co było ciemną kartą w jego życiorysie, tak przecież w sumie pięknym i patriotycznym.
Niewątpliwie najbardziej czynny okres życia Bazylego Mochnackiego przypada na lata powstania listopadowego, po którego upadku musiał znów z niczym wracać do Lwowa. Zanim to nastąpiło, przeżył czas wielkiej aktywności. „Rozgorzał pan radca komisji oświecenia – pisze jego biograf – dał się porwać uniesieniu młodzieży”. Jako członek Towarzystwa Patriotycznego był rzecznikiem sądów przysięgłych, popierał też wniosek Leszczyńskiego o potrzebie reprezentacji włościan w Sejmie. W gorący czas powstania wystąpił nadto z poważną inicjatywą edytorską. Mając zamiłowanie do historii, zamierzał wydawać Pamiętniki do historii polskiej spółczesnej, co nawet zapowiedział w czasopiśmie „Nowa Polska”. Rozwój wypadków na to nie pozwolił, ale jedno przynajmniej zamierzenie wydawnicze urzeczywistnił natychmiast po nocy listopadowej, bo już w grudniu 1830 roku. Opublikował wówczas broszurę zatytułowaną Sprawa Birnbauma jako dowód jednej z wielu innych uciążliwości przez Polaków wycierpianych – w krótkości z akt sądowych wyciągniona.
Ta demaskatorska, oskarżycielska broszura, ukazująca na przykładzie afery Birnbauma łamanie prawa przez głowę Królestwa Polskiego i rządzących w jego imieniu zauszników, jest przede wszystkim doniosłym dokumentem historycznym. Warto jednak zwrócić uwagę, że jest to także jeden z pierwszych w naszej literaturze sensacyjny reportaż kryminalny .
Mochnacki albo od dawna doskonale znał wszystkie tajniki tej afery, albo od razu po nocy 29 listopada uzyskał dostęp do jej dokumentacji. Swoją dość przecież obszerną broszurę opatrzył adnotacją: „pisano w Warszawie d. 11 grudnia 1830 r.”, a jest ona streszczeniem 105 tomów akt sądowych. Można sobie wyobrazić psychiczne napięcie, w jakim rodziło się to dziełko, ujawniające przed opinią publiczną szczegóły nadużyć, o których dotąd tylko szeptano wśród wtajemniczonych.
Sam Birnbaum łudził się do końca, że jego działalność pozostanie w mroku. Jeszcze sześć miesięcy po publikacji Mochnackiego, bo 7 lipca 1831 roku, oświadczył na przesłuchaniu: „Zostaję w więzieniu jako cierpiący karę wyrokami sądowymi postanowioną, nie wiadomo mi jednak, za jakie przestępstwa ta kara jest na mnie wymierzoną... Agentem w tajnej policji nie byłem, również nie byłem urzędnikiem ani oficjalistą w policji śledczej”. Postępował zgodnie ze starą złodziejską maksymą: nawet jak cię złapią za rękę, to mów, że to nie twoja. Grał na zwłokę, bo liczył na upadek powstania.
Birnbaum wówczas już od ośmiu lat przebywał w więzieniu inkwizycyjnym. Aresztowany został latem 1824 roku mimo urzędowych reklamacji swego przełożonego – szefa warszawskiej policji municypalnej, Mateusza Lubowidzkiego. Wytoczono mu wówczas ponad sto spraw karnych, ale zwlekano, dokąd się dało, z ich rozstrzygnięciem; dopiero w kwietniu 1830 roku zapadł wyrok konkluzyjny.
Wyrok to niezwykły: sąd postanowił w nim wyraźnie, że ujawnione w toku procesu „znaczne niewłaściwości w postępkach organów władzy” powinny być podane do szczególnej wiadomości rządu. Przyczyniło się to jednak do dalszego przewlekania sprawy, gdyż wyrok stał się w ten sposób bardzo niebezpieczny dla tych, którzy Birnbauma dotychczas kryli – dla jego opiekunów w najwyższych władzach. Na ich szczęście Rada Administracyjna to swoiste „pismo sygnalizacyjne” otrzymała tuż przed wybuchem powstania i nie mogła nadać sprawie biegu. Nadał jej biegu Mochnacki, ujawniając akta.
Broszura Mochnackiego miała wyraźny cel. Autor dokonał konfrontacji praw zagwarantowanych ustawą konstytucyjną z praktyką, z rzeczywistością. Uczynił to na przykładzie sprawy Birnbauma, ukazując, jakie władze krajowe „to przez sprężyste współdziałanie ze zbrodniarzem, to przez zaniedbanie w pełnieniu obowiązków urzędu stały się współwinnymi nadużyć, nawet i w krajach barbarzyńskich i w ciemnych wiekach niepraktykowanych”. Jest to więc typowy zabieg dla reportażu, gdzie przez szczegóły dochodzi się do uogólnień. Tworzywo do niego piszący bierze z dokumentów, cytuje je, omawia, streszcza, szuka związków przyczynowych między faktami, odkrywa mechanizmy zdarzeń.
Kimże był ów Birnbaum? Zrobił błyskawiczną karierę i równie błyskawicznie ją zakończył. W chwili gdy pisał o nim Mochnacki, miał 32 lata; a więc w wieku 25 lat zamknięty został w więziennej celi. Syn warszawskiego szynkarza, zaczął od denuncjacji różnych osób, gdy Warszawę zajęły wojska rosyjskie. Szybko trafił do tajnej policji, śledził następnie przemytników, został wreszcie główną sprężyną wydziału śledczego policji municypalnej. Był jednocześnie zaufanym agentem gen. Aleksandra Różnieckiego, a gdy pod jego zwierzchnictwem utworzona została policja centralna na całe Królestwo Polskie, Birnbaum otrzymał w niej funkcję – jak pisze Mochnacki – bez nominacji, bez przysięgi, bez żadnej instrukcji, po prostu działał w niej jako prywatna osoba, mając jednocześnie ogromne uprawnienia. Prowadził śledztwa, miał wielu podwładnych, zarządzał więzieniem ratuszowym, trzymał u siebie w depozycie pieniądze odebrane złodziejom, dokonywał rewizji, aresztowań, rekwizycji i – praktycznie rzecz biorąc – nikomu nie musiał zdawać sprawy z tego, co robił.
Jedno nie ulega wątpliwości: dzielił się zdobytymi sumami ze swymi zwierzchnikami, zyskując w zamian bezkarność i wolną rękę. A obaj szefowie – zarówno Lubowidzki, jak i Różniecki – ogromnie łasi byli na pieniądze. Znani z hulaszczego życia; karty i pijatyki łączyły ich w upodobaniach z Nowosilcowem. Jednoczyły też ich z nim gangsterskie wręcz metody wyciskania haraczu, wspólne ciemne interesy. Dzięki protekcji swych przełożonych udało się też Birnbaumowi w 1822 roku uniknąć sądu, który mu groził ze względu na liczne doniesienia o jego działalności. Do sądu wpłynął wtedy ratujący go dokument, w którym stwierdzono, że „Józef Birnbaum jest Ajentem Policji; co robi, i jak robi, robi z poleceń, i szczególnych instrukcji. Skargi przeciwko Birnbaumowi do Vice-Prezydenta jako Zwierzchnika odesłane być powinny...”
Jak to wyglądało w praktyce – widać z przykładu podanego przez Mochnackiego. Gdy żona jednej z ofiar wszechmocnego agenta złożyła skargę do wiceprezydenta, Birnbaum przyniósł ją nazajutrz do Prochowni, oświadczając więźniowi: „choćbyś i 10 skarg podawał, nic ci to nie pomoże; lepiej ułóż się ze mną, 300 talarów wszystko zaspokoi”. Opornych zamykano w lochu, nierzadko z członkami najbliższej rodziny. Poddawano ich najwymyślniejszym torturom: karmiono przesolonymi śledziami albo po prostu katowano, póki Birnbaum nie uzyskał żądanej kwoty lub aż do śmierci ofiary.
Co czyni go najbardziej podobnym do Vidocqa – to ścisłe związki ze światem przestępczym. Związki te wykorzystywał niewątpliwie i w sprawach politycznych do niezliczonych prowokacji, za co tym bardziej cenili go szefowie. „Rzadkie było zdarzenie – pisał Mochnacki – żeby co z kradzieży poszkodowanemu zwracało się”. „Między samą władzą a zbrodnią jawne zachodziło wspólnictwo” – stwierdzał w innym miejscu. Birnbaum ochraniał „swoich” złodziei, nawet jeżeli były przeciwko nim dowody. Pomagał w ucieczce, zgładzał niewygodnych świadków, często podstawiał niewinne osoby w celu osłonięcia prawdziwych sprawców. Katowano je dla wydobycia obciążających zeznań, a poszkodowanych na mieniu informowano, że sprawcę kradzieży ujęto, ale nie chce zdradzić miejsca ukrycia łupu. Czyniono też tak z niektórymi złodziejami, jeśli nie wydali zrabowanych walorów. Mochnacki – za ustaleniami sądu – przytoczył liczne nazwiska ofiar, po których wszelki ślad zaginął. Gdy na skutek skarg wszczynano dochodzenie, działy się dziwne rzeczy: ginęły akta albo też Lubowidzki informował indagujących, że taki to a taki „umarł na gorączkę, a nie z pobicia”.

W Królestwie Polskim doby przedpowstaniowej następował stopniowy, systematyczny rozrost aparatu policyjnego. Zasługa to Nowosilcowa. Był on – jak pisze Szymon Askenazy – „rzeczywistym twórcą zorganizowanej należycie policji tajnej w Polsce, jej ojcem prawym, najczulej też i nadal troskającym się o pomyślny rozwój umiłowanego dziecięcia”. „Zaraza ta – pisze tenże autor w innym miejscu – w całym Królestwie w głąb trzewi samego przenikała społeczeństwa” . Wzór brano z ówczesnej Francji, a wypróbowywane w Warszawie schematy organizacyjne i metody działania przeniesiono potem na całe carskie imperium.
Tajna policja – nielegalny w konstytucyjnym Królestwie twór – zajmowała się przede wszystkim tropieniem związków, spisków i sprzysiężeń przeciw władzy. Prowokacje, wyolbrzymiające ich rolę, były na porządku dziennym; agenci chcieli wykazać swą nieodzowność. Na tym polu duże „zasługi” miał i Birnbaum. Adwokat i historyk w jednej osobie, Aleksander Kraushar, pisze bowiem o poważnych następstwach raportu nieznanego wywiadowcy, który dotyczył studentów Polaków, a skierowany został drogą dyplomatyczną z Rosji do Berlina. Wykorzystano owe denuncjacje przeciwko ruchom liberalnym. Bazyli Mochnacki ujawnił i tę dziedzinę działalności Birnbauma; on to bowiem wysłany był do Prus „w celu zaprzyjaźnienia, pobratania się z akademikami; jeździł przebrany po akademicku, i polecenia tak zręcznie wykonał, że pod godłem wolności, niepodległości, klubów i lóż masońskich, z sobą przez granicę zwabił, i do Belwederu dostawił czterech akademików; co się z nimi w końcu stało, nie wiadomo”. Wiadomo też o Birnbaumie, że porywał studentów i z Krakowa, jeśli byli potrzebni warszawskiej policji do zeznań.
Jeśli te wątki wychodziły w śledztwie przeciwko Birnbaumowi, nie przyjmowano ich do protokołu, podobnie jak pomijano wszystko, co dotyczyło różnych wysoko postawionych osób i szefów tego arcyszpiega. Śledztwo miało wyraźnie nakreślone ramy, ale sędzia inkwirent („niech będzie cześć prawemu urzędnikowi” – pisał Mochnacki w swojej broszurze) robił, co mógł, żeby ujawnić pewne różne zakulisowe szczegóły. Ujawniono na przykład fakt, że Birnbaum, któremu podlegało biuro najmu służących (co za raj dla werbowania szpiegów!), złożył Różnieckiemu „w ofierze” wykąpaną, w białej szacie, 12-letnią dziewczynkę, którą ów „bezkarnie zgwałcił, a sąd nawet nie chciał słuchać jej lamentów i jej matki”.
Lubowidzki musiał w końcu przekazać Birnbauma sądowi sprawiedliwości karzącej – nie jako urzędnika, ale jako prywatnego zbrodniarza. Zbyt wiele się przeciwko niemu zebrało zarzutów, by mógł go kryć w nieskończoność. Żydzi, którym najwięcej dopiekł od czasów, gdy z Josela Moszka przechrzcił się na Józefa Mateusza (imiona te przyjął na cześć swego protektora), najbardziej też się na niego zawzięli; miał przeciwko sobie warszawski kahał, zamierzano mu skręcić kark. Niejaki Majer Gedali Bron przekradał się nawet kilkakrotnie w przebraniu do Belwederu, żeby przekazać Konstantemu materiały kompromitujące Birnbauma; za każdym razem chwytali go jednak agenci Różnieckiego i Lubowidzkiego.
W więzieniu cieszył się Birnbaum nadzwyczajnymi względami, często odwiedzali go dawni szefowie, wywożono go na różne konferencje, a to do Belwederu, a to gdzie indziej, chodził bez okucia i regularnie... pobierał pensję.
Gdy wybuchło powstanie listopadowe, Różniecki i Lubowidzki zdążyli uciec z Warszawy. Birnbaum pozostał w więzieniu i przebywał w nim aż do dramatycznej nocy 15 sierpnia 1831 roku. Wówczas to wzburzony lud Warszawy, rozgoryczony nieudolnością przywódców, ponoszonymi klęskami militarnymi i podniecony krążącymi pogłoskami o zdradzie, w spontanicznym odruchu sam zaczął wymierzać sprawiedliwość. Zaatakowano Zamek, Dom Przytułku i Pracy, więzienie inkwizycyjne. Birnbauma i paru innych szpiegów wywleczono z Domu Kary i Poprawy mieszczącego się w klasztorze Franciszkanów. Zdrajcy i szpiedzy – w sumie 34 osoby – zawiśli na latarniach.




(c) copyrights by Palestra.pl, all rights reserved design & powered by: abgstudio.com