7-8
2018
lipiec-sierpień
W następnym numerze
Prenumerata
Miesięcznik Palestra
Orzecznictwo Izby Karnej i Izby Wojskowej Sšdu Najwyższego
Rocznik OSN w sprawach karnych
Kontakt
Kolegium
www.palestra.pl piątek, 15 lutego 2019
*artykuł


 Palestra 9-10/2009


Marek Sołtysik (Kraków)

Bomby w damskich rękach

W Warszawie od półtora roku wrzało. Zamachy na wysokich funkcjonariuszy rosyjskich tworzyły na planie miasta ogniska zapalne. Zachętą do akcji terrorystycznych stały się popisowe akcje, z których zamachowiec uchodzi cało i raczej unika represji. Do takich należał inteligentnie przygotowany przez Organizację Bojową Józefa Piłudskiego zamach na Gieorgija Skałłona, generał-gubernatora Warszawy .
O pół roku poprzedził go zamach na wyjątkowego okrutnika, komisarza policji Konstantinowa – wiosną 1906 roku w Warszawie na rogu Świętokrzyskiej i Marszałkowskiej. Ktoś nieopodal akurat przeglądał albumy w księgarni Centnerszwera, ktoś po drugiej stronie ulicy korzystał z usług fryzjera, ktoś w wytwornej cukierni nie mógł oderwać wzroku od ust, oczu i wdzięków w dyskretnie uchylonym dekolcie damy… kiedy powietrzem wstrząsnął potężny, gwałtowny huk, jakby nagły piorun strzelił... Wiosenna burza? Nie. Posypały się szyby z witryn cukierni. Konie dorożkarskie w popłochu, oszalałe, pędziły w stronę Ogrodu Saskiego, bezskutecznie usiłował podnieść się z bruku zdezorientowany woźnica. Jego koledzy mieli więcej szczęścia, lecz i tak, przerażeni, nie mogli zapanować nad pojazdami, którymi na żywioł kierowały chabety. Przechodnie instynktownie kryli się po bramach, dały się słyszeć pojedyncze wystrzały. Wybuch – co się okazało niebawem – rozszarpał Konstantinowa na kawałki.
Działo się to w przededniu kataklizmów: tragicznych w skutkach wybuchu Wezuwiusza oraz trzęsienia ziemi w Ameryce. Nieco później, równolegle z eksplozjami w głębi globu, rewolucjoniści rosyjscy dokonywali w Europie multum skutecznych zamachów bombowych: zginął rozszarpany Timofiow, generał-gubernator Tyflisu, Alichanow, generał-gubernator miasta okręgowego Kutais na Kaukazie, seria zamachów na innych gorliwych funkcjonariuszy nie im wyrządziła wielką krzywdę, lecz przez przypadek ich dzieciom, czyniąc je kalekami. W Warszawie, w Łodzi i w innych większych miastach Królestwa dzień w dzień odnotowywano krwawe zamachy, zuchwałe napady na banki. Wśród klientów i urzędników były liczne ofiary śmiertelne.
Ach, ta coraz bardziej uciskająca pod czaszką cisza przed wielką burzą! Młodzi z rewolucyjnej lewicy PPS wbrew ostrzeżeniom przywódcy PPS prawicy, Józefa Piłsudskiego, sięgnęli po broń i 15 sierpnia 1906 roku zorganizowali na rozkaz Centralnego Komitetu Robotniczego szereg akcji terrorystycznych na ulicach większych miast w Królestwie, kładąc trupem w samej Warszawie osiemdziesięciu policjantów . Poskutkowało to oczywiście wyłącznie represjami władz rosyjskich i potwornym pogromem w Siedlcach. Po takim spustoszeniu PPS-lewica nie była w stanie odpowiedzieć ani ogniem, ani żadnym innym sposobem. Ostrzeżenia Piłsudskiego miały solidne podstawy. Piłsudski, który – w przeciwieństwie do internacjonalnych terrorystów z PPS-lewicy – bronił idei niepodległości jako celu działalności partii, zaraz po tych tragicznych wydarzeniach mówił o moralnej i materialnej przegranej wskutek nieprzemyślanych działań lewicy:
„Pogrom siedlecki wywołał popłoch w całej organizacji partyjnej, bo zrozumiano, że rząd może wszędzie, w każdym punkcie Królestwa, zorganizować z pomocą wojska taki sam pogrom. Organizacja Bojowa nie zdobyła się na żadne środki przeciwdziałania i rząd zrozumiawszy jej bezsilność wobec przewagi żołdactwa, zabrał się energicznie do likwidacji ruchu rewolucyjnego” .
Tak jak przewidział, nierozważnie podjęte krwawe akcje z powodu okrutnych represji wywołały załamanie wiary w celowość walki.
Mamy tu głos naocznego świadka:
„Słynna ponura warszawska «krwawa środa» w sierpniu 1906 r., podczas której bojowcy «zlikwidowali» na ulicach miasta sporą ilość funkcjonariuszy policji, zaskoczyła mnie na mieście. Widząc, że gęste patrole wojskowe bestialsko masakrują kolbami przechodniów, którzy wydawali się żołnierzom podejrzani, szybko zrejterowałem do domu. Surowość przepisów stanu wojennego nakładała na mieszkańców pod grozą osobistej odpowiedzialności obowiązek czynnego współdziałania z policją i wojskiem w chwytaniu rewolucjonistów. Odczuł to w tym dniu mój ojciec (Stanisław Rajmund Kamiński, warszawski adwokat) , którego patrol aresztował na ul. Wilczej za niewzięcie udziału w pogoni za uciekającym bojowcem, któremu szczęśliwie udało się ukryć. Tylko podeszły wiek ojca uchronił go od grożących konsekwencji” .
W trzy dni później, w sobotę, ten sam autor memuarów właśnie wracał do domu. Już był blisko bramy przy ulicy Mokotowskiej i tam w kilka minut po godzinie 16 usłyszał mocny odgłos wybuchu bomby. Określił huk jako mocny. Po chwili następny, mocniejszy. Czerkiesi na koniach, wiadomo, mimo upału w futrzanych czapach, ze sztyletami w zębach, uzbrojeni po uszy, pojawili się niemal bezgłośnie. Tu i tam patrolowali ulice. Zdawało się, że są wszędzie. Utworzono kordon. Zaraz dotarła wieść, że był zamach na generał-gubernatora Skałłona. Stało się to w zacisznej dzielnicy, na ulicy o małym ruchu.
Bojowcy Piłsudskiego – już w trakcie tworzenia Frakcji Rewolucyjnej PPS – pokazali narwanym lewicowcom, jak można działać: z fantazją, z wyobraźnią i z najwyższą uwagą – tak żeby uniknąć przypadkowych ofiar.
Wywiad bojowy ustalił, że w sobotę, dokładnie o godzinie 16, żeby się udać do klubu myśliwskiego, wyjdzie ze swego mieszkania, a następnie z bramy komfortowej kamienicy przy Natolińskiej 9, wicekonsul niemiecki Gustaw von Lerchenfeld.
Oto i pierwszy etap działania. W stosownym momencie wychodzącego konsula, klnąc brutalnie, potrącił wyższy rangą oficer jednego z pułków gwardii rosyjskiej, stacjonujących w Warszawie. Konsul niemiecki najpierw skamieniał, zaraz potem ostro zaprotestował, uznał, że to szczyt bezczelności, nie zdążył dokończyć swej kwestii, ponieważ został właśnie spoliczkowany przez napastnika, który się ulotnił, ale nie do tego stopnia, żeby nie pozostał po nim zapach świeżutko wypitego alkoholu.
Tajemniczy i z pozoru niezbyt rozsądny, w istocie zaś nie taki chyba znów pijany oficer ulotnił się, a konflikt międzynarodowy wisiał na włosku. Wszczęte śledztwo nie wykryło pośród carskich oficerów winnego. Wykryć go – jak się okaże – nie mogło.
Sprawa jednak była nagląca. Na generał-gubernatora, jako dowódcę wojsk okręgu warszawskiego, spadł obowiązek osobistego wyrażenia poszkodowanemu konsulowi wyrazów ubolewania.
Zamachowcy, ludzie obyci, od początku akcji mieli pewność, że tak będzie. Postępowali planowo, według zamysłu Mieczysława Mańkowskiego, zajadłego bojowca o uduchowionej twarzy. Tego starego proletariatczyka, który po powrocie z sybirskiej katorgi wstąpił do PPS, uwielbiali młodzi bojowcy płci obojga… Już 13 sierpnia 1906 r. działaczka Organizacji Bojowej PPS, dwudziestodwuletnia malarka, córka bogatego ziemianina, zesłańca, weterana Powstania Styczniowego, przystojna Wanda Krahelska sprowadziła się wraz z towarzyszkami walki do mieszkania na I piętrze w domu na rogu Natolińskiej 12 i Koszykowej 13c. Okna i balkon wychodziły na okazałą kamienicę z rezydencją niemieckiego konsula. Odważne damy nie dźwigały jakichś tam walizeczek z bombami. Bomby, dobrze zamaskowane (produkowane w Warszawie w domowym laboratorium przez braci Dąbkowskich synów sybiraka, przy współpracy matki, kruchej z pozoru niewiasty) , mieściły się dobrze ukryte w meblach, które przywiózł specjalny furgon.
Organizacja Bojowa nie szczędziła kosztów, aby sugestywnie zainscenizować przeprowadzkę. Bojowcy bywali niezłymi aktorami. A więc tak: jeden z nich („pan w średnim wieku i pełen godności”) przedstawia się jako ziemianin, który na razie mieszkając w swoim majątku na wsi, będzie tylko przyjeżdżał, żeby odwiedzić siostrzenicę (Krahelska). Ta zamieszkała z „pokojową” (Albertyna Helbertówna), z „kucharką bogatej pani” (Zofia Owczarkówna) i z „młodym „kuzynem” (?), wszyscy mieli świetnie podrobione paszporty na nazwiska, których się wyuczyli, a żeby osłabić czujność policji, nawet do stróża zwracali się po rosyjsku.
Do wykonania zamachu pozostało kilka dni. Bojowcy mieli stuprocentową pewność, że do rezydencji konsula można dojechać tylko od Koszykowej z powodu całkowitego rozkopania Nowowiejskiej . Remont ulicy potrwa przez kilka następnych tygodni. Generał-gubernator będzie więc tędy przejeżdżał. Organizacja Bojowa działała zgodnie z przemyślnym planem. Wszystko było dopięte na ostatni guzik. Urodziwą pannę Krahelską, przygotowaną do wykonania zamachu, rozgrzewała żądza zemsty na znienawidzonym Skałłonie, tym samym, który wydał rozkaz torturowania jej narzeczonego, aktywnego członka PPS. Narzeczony, Władysław Rouba , został aresztowany na kilka dni przed ślubem. W śledztwie, a potem podczas wymyślnych tortur nie wydał nikogo. W końcu zwolniony z więzienia, ze świadomością, że ciągnie za sobą ogon, nie wytrzymał naporu pomieszanych myśli, rozsadzających czaszkę, wyjechał za granicę, zastrzelił się. Jakkolwiek Bojówka była organizacją szanującą prawa kobiet, równouprawnienie nie dotyczyło bezpośredniego udziału w akcjach. Płeć piękną – na co do końca kładł nacisk Piłsudski – należało oszczędzać . Krahelska to był wyjątek: tak długo naciskała na wydział bojowy, że w końcu – deklarując całkowitą odpowiedzialność za własne losy – dostała pozwolenie na udział w akcji terrorystycznej. Wszyscy z jej otoczenia to rozumieli: szlachetna zemsta… A jak to było z zajściem z niemieckim konsulem? 14 sierpnia bojowiec Michał Trzos, przebrany za rosyjskiego oficera pod każdym względem udatnie, sprawiał wrażenie kogoś, kto przez całą noc nie zdejmował munduru, grał w karty, lupanarował i pił (w rzeczywistości zupełnie trzeźwy, dla lepszej charakteryzacji tuż przed zajściem wypłukał gardło mocną okowitą), jak się rzekło, ostro spoliczkował konsula Lerchenfelda. Teraz spacerował sobie swobodnie po Warszawie, bez charakteryzacji.
Od dziwnego spoliczkowania minęły cztery dni. Wobec wspomnianych tu następstw oraz raportu konsula niemieckiego, skierowanego do poselstwa niemieckiego w Petersburgu, zazwyczaj ostrożny Skałłon tym razem jednak raczej nie miał wyjścia: 18 sierpnia przyjechał na Natolińską, aby konsula przeprosić z powodu głupiego zajścia. Kiedy, rzecz załatwiwszy, wracał do Belwederu, panna Krahelska rzuciła dwie bomby z balkonu na ulicę. Panna Owczarkówna, rzuciła trzecią bombę z okna przyległego pokoju. Huk, bury dym, poleciały kamienie z bruku, wzbijając różowawy pył. Na trotuarze powstała wyrwa głębokości czterech metrów. Bomby potem dwoiły i troiły się w oczach, wybuchły tylko dwie, a może nawet jedna . (Okaże się po wszystkim, że wprawdzie informacje nie były przesadzone, ale i tak okoliczności zamachu były niezwykle wymyślne). Zamieszanie, zgiełk, popłoch, krzyki i krew. Zostało rannych kilku funkcjonariuszy z eskorty. Powóz wielkorządcy uszkodzony, nie nadawał się do dalszej jazdy. Pięćdziesięciodziewięcioletni wówczas Georgij Skałłon musiał się urodzić pod szczęśliwą gwiazdą: pchnięty podmuchem, został tylko ogłuszony, odniósł kontuzję błony bębenkowej ucha.
Zamach tak nieudany! Gra niewarta świeczki. Młodość! Życie jest drogie; trzeba zrobić wszystko, by je ratować. Bojowcy w spódnicach wcześniej ćwiczyli szybką przebierankę. W grę wchodziły m.in. jasnoblond peruka, wąsiki przyklejane mastyksem itp. Korzystając ze straszliwego zamieszania, z kompletnego zaskoczenia eskorty, w tym twardych kozaków kubańskich (i z tego, że policja wraz z żandarmerią, dając wiarę dezinformacji rozrzucanej w tłum przez bojowców, zupełnie bez sensu zrobiła rewizję w kamienicy z rezydencją konsula) , zdołały w porę uciec. Poprzebierane, wydostały się tylnym wyjściem, tam już czekała na nie dorożka. Kilkakrotnie zmieniając dorożki, rozdzieliły się.
Krahelska dotarła do mieszkania stryja, gdzie przebywała przez kilkanaście godzin dla złapania oddechu, potem ukrywała się w pensjonacie pod Warszawą, wreszcie przez Kijów i Brody dostała się do Galicji. Owczarkówna, aresztowana przy okazji jednej z kolejnych akcji, w której zginął bojowiec Michał Trzos , podczas śledztwa padła ofiarą perfidnej prowokacji (jej rzekomy obrońca był na żołdzie Ochrany). Krahelska natomiast, z dobrymi dokumentami (pożyczanymi lub świetnie podrabianymi; paszporty wówczas nie były zaopatrzone w zdjęcia), po krótkim pobycie we Lwowie schroniła się w Krakowie. Ochrana nie próżnowała, władze rosyjskie wpadły także na trop tej dzielnej, ale nerwowej młodej damy . Rosja zażądała od Austrii wydania „bezkarnej terrorystki”.
Tymczasem Wanda Krahelska 27 czerwca 1907 r. zawarła związek małżeński ze starszym od niej o cztery lata Adamem Dobrodzickim, studentem Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, i stała się automatycznie obywatelką austriacką. Istotny w tym wszystkim drobiazg: non consumatum, ponieważ małżeństwo było fikcyjne, w pełnym tego słowa znaczeniu polityczne!
O tym, jak bojowe nastroje panowały wówczas w krakowskiej ASP, świadczy zachowany dokument (pismo z 10 listopada 1905 r. Sądu Krajowego oddział IX karny, skierowane Do Rektoratu Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie) :
„W sprawie karnej Ferdynanda Zembatego i spól[wspólników] o zbrodnię z § 81, 152, 155 a.[austriackiej]b.[bieżącej] u.[ustawy] k.[karnej], popełnioną na szkodę organów policyjnych, w szczególności ck komisarza policji dra Tomasika, dra Stycznia i kancelisty p. Sokerawskiego, w dniu 5 listopada br., podczas pochodu manifestacyjnego partii socjalistycznej, wyszło na jaw w toku śledztwa, że w pochodzie powyższym nie tylko brali udział pochodzący z Królestwa Polskiego, a na tutejszą Akademię Sztuk Pięknych uczęszczający uczniowie , ale kilku z tychże czynnie, z bronią w ręku, targnęło się na wyżej wymienionych komisarzy policji, zadając im ciężkie obrażenia.
Z uwagi na to, że sprawców czynu nie zdołano od razu wyśledzić i przyaresztować, poszkodowani zaś twierdzą, że sprawców napadu po przedstawieniu im
do oczu będą w stanie rozpoznać, zwłaszcza że odznaczali się oryginalnym ubraniem i wybitnymi rysami twarzy [sic!], przeto upraszam ck Akademię Sztuk Pięknych o bezzwłoczne zapodanie mi nazwisk wszystkich tych uczniów ASP, którzy pochodzą z Królestwa Polskiego, jak również zapodanie dokładnego ich miejsca zamieszkania”.
Rosyjska interwencja dyplomatyczna sprawiła, że prokuratura galicyjska była zobowiązana do wytoczenia procesu karnego głównej uczestniczce zamachu. Tak też się stało. Aresztowana w piątek rano 20 września 1907 r. w swoim krakowskim mieszkaniu przy ul. Wolskiej , była długo przesłuchiwana przez sędziego śledczego dr. Alfreda Jendla. Rzecz miała posmak sensacji, jak donosiła prasa konserwatywna, zawrzało „pod czerwonym sztandarem”. Zastępstwo prawne aresztowanej przyjął znany krakowski adwokat, sympatyk socjalistów, dr Bernard Heski.
Krahelska przyznała się do udziału w zamachu i że odegrała w nim jedną z głównych ról. Pomysł jednak nie wyszedł od niej. Gdyby była sądzona w Królestwie, czekałyby ją w najlepszym wypadku dożywotnio śniegi Sybiru. Po procesie, po delikatnych a stanowczych zabiegach władz austriackich, dla uniknięcia zbyt wielkiego rozgłosu, proces, przeprowadzony zresztą ze starannością, odbył się 17 i 18 lutego 1908 roku nie w Wiedniu i nie w Krakowie, lecz w ck Sądzie Obwodowym w Wadowicach (miejscu urodzenia formalnego męża ). Obrońcą Wandy Krahelskiej był adwokat z Krakowa dr Stanisław Łazarski. Sąd przysięgłych jednogłośnie uniewinnił oskarżoną.
Oczywiście tzw. sprawa Krahelskiej była wcześniej przedmiotem urzędowej wymiany korespondencji między namiestnikiem Galicji a prezydentem Sądu Krajowego Wyższego w Krakowie, ministrem sprawiedliwości Austrii, a także interpelacji posłów polskich (Stanisława Gąbińskiego, Jana Stapińskiego, Hermana Liebermana) w parlamencie austriackim. Zainteresowane osobistości roztrząsały zawiłe kwestie prawne dotyczące przedstawionego przez Rosjan żądania ekstradycji Krahelskiej, zasadności jej ścigania, a także określenia miejsca sądzenia.
Tu rzecz nie obejdzie się bez komentarza. W kilka tygodni po napisaniu powyższego tekstu natknąłem się w „Czasie” z pierwszej dekady maja 1906 roku na doniesienie o dziwnym potraktowaniu przez żołnierzy rosyjskich konsula austriackiego w Warszawie. Otóż 1 maja 1906 r., w dniu powszednim, kiedy duża część robotników urządzała demonstracje (nie da się ukryć, strajkowali), żołnierze dopuszczali się nadużyć, już po wiecu szykanując i bijąc spokojnych mieszkańców. Między godz. 17 a 18 konsul austriacki, pan Ugron, wracał Królewską i Marszałkowską do mieszkania w Alejach Jerozolimskich. – Nielzia! – krzyknął jeden z żołnierzy, który wcześniej już go legitymował, i nakazał mu iść w prawo ulicą Złotą. Konsul na to, że musi skręcić w lewo, bo to jest droga do jego domu. Żołnierz trzasnął konsula kolbą karabinu w plecy, kułakiem uderzył go w twarz. Stojący obok oficer nie wyjawił nazwiska żołnierza, choć się konsul austriacki tego domagał, wreszcie na żądanie konsula podał swoje nazwisko – Kokostow, podporucznik rezerwowego pułku piechoty. Konsul Ugron – o czym donosiła prasa – udał się do Skałłona na skargę.
Niewątpliwie zdarzenie majowe podsunęło bojowcom doskonały pomysł spoliczkowania dyplomaty innego „zaprzyjaźnionego państwa” przez rzekomo rosyjskiego oficera.
Adam Dobrodzicki, malarz, litograf, projektant monumentów nagrobnych, zanim uzupełnił studia w Paryżu i udoskonalił malarską spostrzegawczość podczas plenerów w Bretanii, był w krakowskiej ASP prezesem Bratniej Pomocy, jako rzutki działacz społeczny założył koła samokształceniowe, z poświęceniem wdrażał w nie zawsze okrzesanych adeptów coś więcej niż podstawy nauk etycznych i estetycznych, stał się rzecznikiem wzniesienia pomnika Matejki, usiłował – zgodnie z testamentem wybitnego pejzażysty, profesora Jana Stanisławskiego – doprowadzić do budowy akademika dla studentów ASP. Ilustrator powieści Tadeusza Micińskiego, autor nagrodzonych projektów polichromii w Kamieńcu Podolskim, do roku 1914 zaznaczył się w sztuce i w życiu społecznym nader pozytywnie.
W czasie I wojny zaciągnie się do I Brygady Legionów i jako żołnierz odbędzie z nią całą kampanię. Później zostanie jednym z adiutantów Józefa Piłsudskiego. Zakończy służbę wojskową w stopniu majora. Od 1918 r. zostanie redaktorem miesięcznika „Rzeczy Piękne” i jako publicysta nie zapomni o artystach legionowych. W 1920 r. ożeni się (tym razem nie tylko pro publico bono) z Wandą Czarnocką. Dla powstałej w niepodległej Polsce, słynnej na całą Europę spółdzielni „Ład” będzie projektował kilimy. Od sztuki użytkowej przejdzie do czegoś więcej: wciągnie go teatr. Lata 1921–1922 to współpraca majora Dobrodzickiego z Juliuszem Osterwą: w „Reducie” sprawdzi się jako reżyser i scenograf. W 1929 zostanie dyrektorem Państwowej Szkoły Przemysłu Drzewnego w Zakopanem . Po siedmiu latach wróci do Warszawy i pozostanie tam na stałe jako naczelnik wydziału wychowania w Ministerstwie Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego .
Zmarł w wieku sześćdziesięciu dwu lat, w październiku 1944, wywieziony przez Niemców ze stolicy po Powstaniu Warszawskim.
Jego ongi fikcyjna żona od jesieni 1908 roku stanie się małżonką Tytusa Filipowicza, od czasów pepeesowskich bojów bliskiego współpracownika Piłsudskiego, potem ambasadora niepodległej Rzeczpospolitej w Stanach Zjednoczonych. Z piękną kartą okupacyjną – Wanda Krahelska Filipowicz przeżyje jeszcze dwadzieścia cztery lata. Mało kto wie, że współtworzyła wydawnictwo „Arkady”, a w roku 1956 założyła „Projekt” , jeden z najświetniejszych miesięczników artystycznych w Europie, i aż do przejścia na emeryturę była jego redaktorem naczelnym .

PRZYPISY:

[1] Georgij Antonowicz Skałłon 10 listopada 1905 r. ogłosił stan wojenny w Królestwie Polskim i tłumiąc odruchy „buntownicze” Polaków, zarządził i stosował bezwzględne represje. Wiedział, że jednym z natychmiastowych następstw tych posunięć był wyrok śmierci, wydany nań przez PPS.

[2] Ofiarami stali się stójkowi, żołnierze, strażnicy kolejowi i rzeczni, rewirowi, feldfeble policyjni, posterunkowi – zamachowcy nie robili wyboru… Było ponadto 15 ofiar śmiertelnych spośród osób cywilnych – w tym dwie kobiety.

[3] Józef Piłsudski, Pisma zbiorowe, t. III, Warszawa 1937.

[4] 15 sierpnia 1906 r.

[5] Stanisław Rajmund Kamiński (1844–1910), humanista i niespełniony poeta, prowadził w Warszawie kancelarie adwokackie do roku 1905 kolejno: przy Marszałkowskiej 13, róg Świętokrzyskiej; przy Karmelickiej 16; przy Nowogrodzkiej 27.

[6] Z. Kamiński, Dzieje życia w pogoni za sztuką, Warszawa 1975.

[7] Pełnił obowiązki konsula.

[8] Blaszanych pudełek niezbędnych do wyrobu bomb dostarczała do tego laboratorium Aleksandra Szczerbińska, późniejsza Aleksandra Piłsudska, druga żona Józefa Piłsudskiego.

[9] Prowadzono tam wówczas roboty kanalizacyjne.

[10] Większość informacji dotyczących życia oraz otoczenia Wandy Krahelskiej zaczerpnąłem ze sprawozdań prasowych z jej procesu w Wadowicach, głównie z „Czasu” (18 lutego 1908 r., wydanie poranne).

[11] Używana przez członków i sympatyków potoczna nazwa Organizacji Bojowej PPS.

[12] Tymczasem czas płynął, Józef Piłsudski zdał sobie sprawę, że istnieją takie czynności bojowe, których gwarancją jest dotyk damskich rąk. 26 września 1908 r. na małej stacji kolejowej Bezdany, niedaleko Wilna, Bojówka PPS-Frakcji Rewolucyjnej zorganizowała ambitny i najbardziej śmiały napad na pociąg. Z wagonu pocztowego dokonano ekspropriacji ogromnej sumy – kilkaset tysięcy rubli – pieniędzy rządowych, w tym w złocie, wiezionych do Petersburga. Fundusze te były niezbędne na akcję Kazimierza Sosnkowskiego, który we Lwowie organizował Związek Walki Czynnej, przygotowujący młodych ludzi do podjęcia walki w czasie wojny światowej, której wybuch przewidywał Piłsudski. Jak pisze Aleksandra Piłsudska (zob. przypis poniżej), pieniądze należało „zdobyć w drodze odebrania od rządu carskiego choćby małego ułamka tego, co Rosja wyciskała z Polski w formie podatków i nagminnie stosowanych kar pieniężnych”. W napadzie wzięło udział szesnastu mężczyzn i cztery kobiety, wśród nich Aleksandra Piłsudska. Romantyzm niebezpiecznej i skomplikowanej akcji dywersyjnej na tyłach wroga doceniało starsze pokolenie, w tym kobiety, pamiętające Powstanie Styczniowe.
Niebawem w służbie Legionowej znajdą się kobiety w męskich przebraniach. Rzeźbiarka Zofia Trzcińska-Kamińska, młoda wówczas matka, zaciągnęła się we wrześniu 1915 r. do II Brygady Legionów Polskich i w męskim przebraniu, jako Zygmunt Tarło, ruszyła na front. Jeszcze wcześniej malarka Zofia Plewińska, także w męskim przebraniu, zaciągnęła się do 1. pułku Legionów I Brygady Józefa Piłsudskiego i odbyła kampanię frontową w nieefektownej służbie piechura. Życiorys i dalsze bohaterskie dzieje Zofii Plewińskiej to temat osobny, godny powieści, zajmującego filmu…
 Cztery bomby – to jedna z wersji, przyjęta przez Zygmunta Kamińskiego. Będąca bezpośrednim świadkiem wydarzeń Aleksandra Piłsudska, uczestniczka wielu zamachów, utrzymuje, że Krahelska rzuciła dwie bomby. „Wybuch jednej zranił adiutanta i kozaka z konnej asysty Skałłona – druga upadła w złożony wachlarz budy powozu i nie wybuchła” (A. Piłsudska, Wspomnienia, Warszawa 1989). „Czas” nazajutrz po zamachu donosił, że „bomby były trzy” i że „jedna z nich nie wybuchła całkiem (…) Oprócz tego na balkonie eksplodowała czwarta bomba. (…) Wstrząśnienie powietrza było tak silne, że wybiło wszystkie szyby w szeregu domów ul. Natolińskiej i z krzyżującą się z Natolińską i Aleją Róż ulicą Koszykową”.

[16] W tej kamienicy dochodowej, należącej do profesora Politechniki, architekta Mikołaja Tołwińskiego, znajdowały się luksusowe mieszkania prywatne.

[17] Napad na pocztę w Sokołowie 10 stycznia 1908 r.

[18] Niestety, w ferworze Krahelska zostawiła swój prawdziwy paszport w owym wynajmowanym mieszkaniu. Paszport – ważny to ślad – znalazł podczas rewizji policjant rosyjski Buch. Jego raporty odczytano półtora roku później podczas wadowickiego procesu Krahelskiej. Dzięki drobiazgowym sprawozdaniom w „Czasie” wiemy, że jeszcze dwie bomby – które znaleziono w owym mieszkaniu – tkwiły, dla niepoznaki, w drewnianych pudełkach z nadrukiem jednej z warszawskich cukierni. Pudełka miały kolor „żółtej palonej cegły”, jak to określił w śledztwie Koźlikin, obdarzony siłą i świetnym refleksem człowiek z obstawy Skałłona, któremu udało się odepchnąć ręką spadającą bombę. Ranny w dłoń, skierował „pudełko” o kilka metrów dalej, uratował życie kilkunastu osobom.

[19] Cytat za: „Materiały do dziejów ASP w Krakowie” (J. Dutkiewicz, J. Jeleniewska-Ślesińska, W. Ślesiński), t. II, Wrocław 1969.

[20] W tym kontekście można lepiej zrozumieć powody powstania znakomitego pod względem artystycznym rysunku Witolda Wojtkiewicza pt. Manifestacja 1905 w Krakowie. Wojtkiewicz – szczyt subtelności, elegancji, coś z Prousta, zresztą, jak i Proust, chronicznie chory – musiał być świadkiem manifestacji politycznej, w której brali udział jego koledzy, adepci malarstwa, pochodzący, tak jak on, z Królestwa. Mówi się, że był także uczestnikiem pochodu; jedna z postaci niosących flagę ma rysy tego wielkiego, młodo zmarłego artysty, odkrytego dla świata przez Andre Gide’a.

[21] Dziś ul. Piłsudskiego.

[22] Prasa galicyjska nazywała ją „warszawianką” – w rzeczywistości Krahelska pochodziła z Nowogródzkiego; urodzona w rodzinnym majątku Mazurki, malarstwo studiowała najpierw w Warszawie, a od 1908 w Krakowie w Żeńskiej Szkole Sztuk Pięknych Marii Niedzielskiej (nauczał tam wówczas m.in. Jacek Malczewski) oraz równolegle na UJ (historia sztuki). Studia uzupełniała za granicą.

[23] Ojciec Adama Dobrodzickiego był w Wadowicach dyrektorem powiatowej Kasy Oszczędności.

[24] Jeden z moich najpierwszych profesorów, rzeźbiarz Roman Tarkowski w swej książce „Kartki ze wspomnień” (Kraków 1992) w części dotyczącej lat nauki w zakopiańskiej Szkole Przemysłu Drzewnego pisze o nowym dyrektorze Dobrodzickim jako o znakomitym pedagogu i jednocześnie opiekunie młodzieży tyleż utalentowanej, ile niezamożnej. Dobrodzicki wprowadził do rzeźby kolor, „co szczególnie przydatne okazywało się w kompozycjach użytkowych (…) Na ten bardzo atrakcyjny typ form było wielu chętnych, duże zapotrzebowanie zgłaszała zagranica. W konsekwencji kopiowaliśmy rozmaite kompozycje, przychodząc do pracowni najczęściej wieczorem. Na szczęście otrzymywaliśmy za to wynagrodzenie w złotówkach, dzięki czemu wielu z nas mogło ukończyć szkołę”.

[25] Informacje z hasła w Słowniku Artystów Polskich (Ignacy Trybowski)

[26] „Projekt” już nie wychodzi – a ogromna to szkoda!

[27] Szczegóły dotyczące powojennych losów Wandy Krahelskiej – z hasła w PSB (Leonard Dubacki).





(c) copyrights by Palestra.pl, all rights reserved design & powered by: abgstudio.com