7-8
2018
lipiec-sierpień
W następnym numerze
Prenumerata
Miesięcznik Palestra
Orzecznictwo Izby Karnej i Izby Wojskowej Sšdu Najwyższego
Rocznik OSN w sprawach karnych
Kontakt
Kolegium
www.palestra.pl sobota, 19 stycznia 2019
*artykuł


 Palestra 3-4/2009


Stanisław Milewski (Warszawa)

Pojedynki na wokandzie, cz. 2

W poprzednim numerze przedstawione zostały procesy sądowe związane z pojedynkomanią, szerzącą się zwłaszcza w pierwszym dziesięcioleciu odrodzonej Polski. Teraz zajmiemy się sprawami karnymi, w których do pojedynku nie dochodziło, ale które też wiązały się z rygorystycznie pojmowanym wówczas poczuciem honoru. Ich bohaterami bywali przeważnie popędliwi obrońcy honoru, którzy w jego imieniu posuwali się nawet do zwyczajnego zabójstwa.
Wyzwany stchórzył, zabito sekundanta – tak w wielkim skrócie wyglądało tło sądowej sprawy, którą wytoczono niefortunnemu i przypadkowemu zresztą zabójcy. Jego proces toczył się przed Sądem Okręgowym w Wilnie 19 i 20 listopada 1926 roku, a zrelacjonowała go stołeczna „Rzeczpospolita” zaraz nazajutrz po wyroku (nr 321).
Zabójcą stał się Zygmunt Karnicki-Smoleński, urzędnik bankowy, a jego ofiarą student prawa Uniwersytetu Stefana Batorego Janusz Badzkiewicz. Samo zajście miało miejsce na początku roku, a u jego podłoża jątrzył się zatarg między Karnickim a niejakim Bohdanem Dzierdziejewskim, ziemianinem, z którym ów miał się pojedynkować, jako że obaj przymówili sobie w towarzystwie i Karnicki poczuł się obrażony.
Wskutek różnych okoliczności – jak pisała prasa – spór gmatwał się w ciągu paru miesięcy, wreszcie zakończył się jednostronnym protokołem sporządzonym przez sekundantów Karnickiego; oznaczało to, że druga strona unika pojedynku i jej honor jest pod znakiem zapytania.
Dzierdziejewski w towarzystwie dwóch siostrzeńców, braci Badzkiewiczów, wziętych – jak twierdził – w charakterze „świadków”, zaczaił się na swego adwersarza na ulicy i dotkliwie obił bambusowym kijem. W trakcie szamotaniny wywiązała się obustronna strzelanina zakończona tragiczną śmiercią jednego z braci. Zabił go Karnicki; jego kula przeszyła płaszcz przeciwnika i ugodziła w serce studenta.
Oskarżony został o „zabójstwo w uniesieniu”. Po mozolnym zbadaniu wielu świadków opisujących wszystkie perypetie postępowania honorowego – czytamy w „Rzeczpospolitej” – nastąpił kulminacyjny punkt procesu: orzeczenie biegłego eksperta do spraw honorowych wezwanego na wniosek prokuratora. Ekspert ów, a był nim profesor prawa miejscowej uczelni – Bronisław Wróblewski, wytknął szereg błędów, jakie były popełnione w trakcie postępowania honorowego. W konkluzji wyraził pogląd, że napad dokonany przez Dzierdziejewskiego był najzupełniej psychologicznie usprawiedliwiony, a z punktu widzenia kodeksu karnego powinien być zakwalifikowany jako wyższa konieczność skutkująca bezkarnością dokonanego gwałtu. Normalnie poprzestaje się na spoliczkowaniu – dowodził profesor – ale i napad we trzech powinien być uważany za zwykłe spoliczkowanie, bo taka, a nie inna była intencja napadającego.
Na sali zawrzało. Wywiązała się ostra wymiana zdań między prokuratorem a obroną. Jeden z trzech obrońców oskarżonego (dwóch było miejscowych), mecenas Marian Niedzielski gwałtownie zaatakował opinię profesora, dowodząc, że tego rodzaju teoria uwłacza godności nauki polskiej i może stać się źródłem zgorszenia dla uniwersyteckiej młodzieży.
– Rozwijając tę tezę do końca – sierdził się mecenas, świetny krasomówca i znawca problematyki (na temat pojedynków i ochrony czci zorganizował sympozjum prawnicze i wygłosił główny referat) – dojdziemy i do rozgrzeszenia takiego człowieka, który za rzeczywistą lub domniemaną zniewagę wali swego przeciwnika kamieniem w łeb zza węgła albo majchrem wypruwa mu kichy!
Sformułowanie to oburzyło miejscowych żurnalistów, którzy zgryźliwie skomentowali wystąpienie ozdoby stołecznej palestry, że powinien pamiętać, iż „występuje w gmachu Temidy, a nie w szynku na Solcu”.
Karnicki nie przyznał się do winy. – Strzelałem w obronie życia i honoru – powiedział w ostatnim słowie.
Sąd Okręgowy po krótkiej naradzie ogłosił późnym wieczorem wyrok, mocą którego oskarżony skazany został na 3 miesiące zamknięcia w twierdzy za zabójstwo dokonane przy przekroczeniu obrony koniecznej. Sąd Apelacyjny wyrok ten utrzymał w mocy. Zatarg między mecenasem Niedzielskim a profesorem Wróblewskim był przedmiotem rozważań Rady Adwokackiej i Senatu uczelni; do pojedynku jednak z tej racji nie doszło.
Skądinąd wiadomo, że na tle tego procesu doszło do wymiary strzałów między dwoma aplikantami adwokackimi. Jeden z nich to późniejszy znany karnik, prof. Witold Świda, autor pracy doktorskiej pt. „Pojedynek ze stanowiska polityki kryminalnej”, napisanej rok wcześniej; oddał on – wbrew kodeksowi Boziewicza – strzał w powietrze, a sam został ranny w pierś. Obaj uniknęli kary, bo rzecz załatwiono bez rozgłosu.
W pierwszej połowie stycznia 1927 roku przed Wojskowym Sądem Okręgowym w Warszawie toczył się proces por. Władysława Stefanowicza z 33. pułku piechoty z Łomży. Oskarżony on był o usiłowanie zabójstwa Jana Zielińskiego, rolnika z okolicy tego miasteczka; prokurator do tego zarzutu dodał działanie z premedytacją.
A wszystko poszło o pojedynek, który z winy gospodarza najpierw się zawiązał, a potem trzykrotnie nie dochodził do skutku, gdyż ów po prostu bał się stanąć „na mecie”, mając za przeciwnika zawodowca od strzelania. Zaczęło się na balu, który Koło Polek urządziło w Łomży. Jego gospodarzami byli studenci, a ci mieli zadawnione anse do oficerów miejscowego garnizonu i uważali ich za nieproszonych gości na balu. Owa niechęć miała podłoże polityczne i datowała się od przewrotu majowego, gdy 33. pułk piechoty brał udział po stronie marszałka Piłsudskiego. Studenci wywodzący się z Łomży sympatyzowali z rządem i za nic nie chcieli wybaczyć „zdrajcom”.
Gdy oficerowie zorientowali się, że nie są pożądanymi gośćmi, w większości opuścili salę. Pozostało kilku, trochę już wstawionych, nieprzejmujących się zbytnio studenckimi animozjami. Mieli je zresztą nie tylko oni. Jeden z rolników, właśnie ów Jan Zieliński, przemówił się ostro z porucznikiem Stefanowiczem. Gdy w odpowiedzi usłyszał epitety: opryszek i bandyta – „zareagował czynnie”, jak dyplomatycznie określono przed sądem siarczysty policzek. Porucznik wyzwał go na pojedynek. Ziemianin jednak, mimo że szlachcic, nie miał chęci dotrzymać mu pola, czym zdenerwował swoich sekundantów, i ci zrzekli się zastępstwa w prowadzeniu jego sprawy honorowej.
Zieliński zresztą za każdym razem zawiadamiał policję o terminie mającego się odbyć pojedynku, co uniemożliwiało jego odbycie, a za trzecim razem po prostu gdzieś wyjechał. Porucznik bardzo nad tym cierpiał i krytycznego dnia, zamiast pójść na umówionego preferansa, chodził bez celu po ulicach. „W dniu tym – oświadczył przed sądem – był akurat bal. Wobec tego, że nie mogłem tam pójść z powodu niezałatwienia sprawy honorowej, czułem się niejako usunięty poza nawias miejscowego towarzystwa i dlatego byłem zdenerwowany”.
Czuł też presję kolegów i przełożonych, o czym świadczyć może dialog, jaki się wywiązał w sądzie między obrońcą porucznika a jego dowódcą, płk. Pakoszem:
– Czy pan pułkownik popierał pojedynek, czy też przeszkadzał mu?
– Starałem się przeszkodzić niedozwolonemu rozlewowi krwi, ale legalnemu załatwieniu sprawy pojedynku nie miałem zamiaru stawiać przeszkód.
– Co się stało z podaniem por. Stefanowicza o pozwolenie na odbycie pojedynku, adresowanym do ministra spraw wojskowych?
– Odesłałem je dowódcy dywizji.
– Czy pan pułkownik sprawę znieważenia por. Stefanowicza traktował indywidualnie, czy też uważał pan za znieważenie korpusu oficerskiego 33. pułku?
– Naturalnie.
– I za znieważenie armii?
– Tak jest.
Nic więc dziwnego, że porucznik, ujrzawszy wówczas na ulicy o północy swego adwersarza, zadziałał tak gwałtownie. – Odruchowo chwyciłem rewolwer i wołając: „stój, tchórzu!” zacząłem strzelać – powiedział w swych wyjaśnieniach przed sądem. Trafił w głowę, raniąc powierzchownie. Na procesie demonstrowano przestrzeloną czapkę, a rana na skroni była widoczna z daleka. Biegły psychiatra dr Jan Nelken wyraził opinię, że działał w stanie silnego wzruszenia psychicznego.
Wyroku uwalniającego porucznika od kary prokurator nie zaskarżył, o czym poinformowała „Rzeczpospolita” (nr 19) parę dni po procesie.
Przewrót majowy w tle miał również głośny kilkudniowy proces Józefa Wójcika, który toczył się przed Sądem Okręgowym w Warszawie w drugiej połowie września 1929 roku. Józef Wójcik, były oficer, który po zamachu Piłsudskiego na własne życzenie – zgłoszone jako swoisty protest – zdegradowany został na szeregowca rezerwy, oskarżony był o usiłowanie zabójstwa dwóch oficerów 36. pułku piechoty. Sala rozpraw pękała w szwach: takie było zainteresowanie tą niecodzienną sprawą.
Zaczęło się od listu otwartego, jaki dowódca 36. pułku piechoty Legii Akademickiej, płk Juliusz Ulrych, gorliwy piłsudczyk, późniejszy minister komunikacji ogłosił w warszawskiej prasie. Było to tuż po incydencie, jaki miał miejsce 2 czerwca podczas święta pułku. Wówczas to poczty sztandarowe młodzieży akademickiej, gdy tylko orkiestra pułkowa zaczęła grać „Pierwszą Brygadę” – demonstracyjnie wyłamały się z pochodu i odeszły na bok. W owym liście otwartym pułkownik wyraził nadzieję, że czas, który leczy wszelkie rany, „zespoli w nierozerwalną całość 36. pułk z młodzieżą akademicką”.
Po kilku dniach pułkownik otrzymał od nieznanego mu Józefa Wójcika, b. oficera 5. pułku piechoty list, w którym ów poddał druzgocącej krytyce jego prasowy inserat. Pisał m.in.: „Ani czas, ani żadna siła ludzka nie wydrze z mózgu nikomu, kto ma duszę polską, widoku zabitych oficerów i żołnierzy w maju 1926 r. i że pojednanie może nastąpić w przyszłości jedynie w drodze innej opinii”.
Pułkownik uznał, że autor musi być niepoczytalny i kazał adiutantowi odesłać list Wójcika. Ów odesłał go z notatką: „Dowódca pułku nie chce rozpatrywać listu pisanego przez człowieka chorego na umyśle”.
Na to zeźlony Wójcik odpalił bez chwili wahania: „Typ urzędniczyny wojskowego, który przehandlował 13 maja 1926 r. swój honor (o ile miał ten balast), nie jest w stanie nikogo obrazić, ani nie ma prawa obrażać się. Najlepiej nie prowokować społeczeństwa otwartymi listami, to nie wywoła się reakcji. Świstek wasz, jako wymowne świadectwo ubóstwa moralnego i intelektualnego, zwracam”.
Potraktowany tak haniebnie pułkownik poczuł się obrażony i wysłał do Wójcika dwóch oficerów, aby go wyzwać na pojedynek; tak przynajmniej twierdzili obaj na procesie. Wójcik z kolei i jego żona, zeznająca jako świadek, utrzymywali stanowczo, że oficerowie, wdarłszy się do mieszkania o szóstej rano, chcieli go wypłazować szablami. Musiał się więc bronić i jednego postrzelił w rękę, gdy ów uderzył szablą jego żonę, gdy stanęła w jego obronie.
Obaj obrońcy – Franciszek Paschalski i Stanisław Kijeński – wyśmieli wersję oficerów. Podkreślali, że żaden kodeks honorowy nie przewiduje takich wczesnych wizyt sekundantów, a jeśli ci obawiali się, że go później nie zastaną w domu, mogli – jak uczy Boziewicz – zostawić swoje bilety wizytowe. Popełnili też inną gafę: przyszli uzbrojeni, a zastępcy honorowi powinni być bez broni. Prócz szabel – jeden z napastników miał w kieszeni rewolwer. Że ma go i Wójcik, tego się nie spodziewali.
Mecenas Kijeński, czołowy endek, już na początku procesu wnioskował o powołanie nowych świadków odwodowych: posła Stanisława Strońskiego, b. ministra Mariana Zdziechowskiego, dziennikarzy Tadeusza Dołęgę-Mostowicza oraz b. marszałka Senatu Wojciecha Trąmpczyńskiego. Wszyscy oni zostali ciężko pobici przez „nieznanych sprawców”, którzy nigdy nie zostali wykryci, a powszechnie wiedziano, że zrobili to oficerowie. Wójcik miał więc prawo mniemać, że i jego poranni goście nie przyszli bynajmniej jako zastępcy honorowi Ulrycha w sprawie ustalenia terminu i zasad pojedynku. Wniosek obrońcy został jednak przez sąd odrzucony.
Kijeński znaczną część swego wystąpienia poświęcił udowodnieniu tezy, że Wójcik działał w obronie koniecznej. To on zawiadomił o napadzie policję, bo oficerowie z tym się nie kwapili, mimo że jeden został ranny.
W czwartym dniu procesu o godzinie 8 wieczorem wśród niezwykłego napięcia na sali – co odnotowała prasa – sąd ogłosił wyrok. Wójcik został skazany na 3 miesiące więzienia za obrazę 36. pułku piechoty, a za usiłowanie zabójstwa dwóch oficerów – na dwa lata więzienia; łącznie wymierzono mu karę dwóch lat z zaliczeniem aresztu zapobiegawczego.
Niemal po roku od zajścia Sąd Apelacyjny zmniejszył mu karę do roku więzienia, zaliczając areszt prewencyjny. W 14-stronicowych motywach sąd wytknął wprawdzie oficerom nieznajomość kodeksu honorowego, ale przyjął, że Wójcik „uroił sobie napad i znalazł się w stanie urojonej obrony koniecznej”. „Subiektywne wrażenie napaści, nieodpowiadające obiektywnemu stanowi rzeczy – czytamy – może służyć za dowód błędu i jako błąd może wpływać we właściwych granicach na karalność, nie może jednak usprawiedliwiać obrony koniecznej”.
Na początku listopada 1930 roku „Kurier Warszawski” (nr 305 wyd. por.) poinformował, że wniosek kasacyjny w sprawie Józefa Wójcika został przez Sąd Najwyższy odrzucony.
Wojskowy Sąd Okręgowy rozpatrywał w połowie maja 1933 roku niezwykle ciekawą i bulwersującą nie tylko kręgi wojskowe sprawę. Oskarżonym był major Jerzy Stawiński. Akt oskarżenia zarzucał mu, że w nocy z 22 na 23 marca tego samego roku zastrzelił w „Ziemiańskiej” inż. Adama Jankowskiego. Cherchez la femme – pisały nazajutrz po tym zabójstwie gazety, podkreślając, że oficer ów był trzeźwy w chwili zajścia.
Inżynier poprosił do tańca jego znajomą, pannę Jakubowską, która siedziała sama przy stoliku, podczas gdy major tańczył z żoną. Po pierwszej bezskutecznej prośbie Jankowski powrócił do swego stolika, ale widząc, że panna uśmiecha się do niego, nucąc przy tym tango, podszedł i ponowił propozycję. Wówczas major Stawiński wtrącił się do rozmowy i najpierw odepchnął, a potem spoliczkował intruza. W odpowiedzi ów położył na stoliku swój bilet wizytowy. Major go zrzucił na podłogę, na co rozeźlony już na dobre inżynier uderzył go w twarz. Wówczas oskarżony chwycił mufkę panny Jakubowskiej, w której schowany był jego rewolwer, wyjął broń, zarepetował i z bliskiej odległości strzelił do Jankowskiego, kładąc go trupem na miejscu.
Żywe poruszenie na sali wywołały zeznania powołanego w charakterze świadka fordansera z „Ziemiańskiej” – Murzyna z Somalii Augusta Browna. Gdy przewodniczący sądzącego składu spytał go – zgodnie z procedurą – czy nie jest krewnym oskarżonego, na sali rozległy się głośne śmiechy, aż trzeba było uspokajać publiczność. Major – zeznał fordanser czystą polszczyzną – często przychodził na dansing do tego lokalu i zazwyczaj tańczył z panną Jakubowską, a on w tym czasie zabawiał na parkiecie jego żonę. W krytycznej chwili Jakubowska siedziała sama przy stoliku; gdy tańczący z żoną Stawiński zobaczył, że ktoś zbliża się do jego stolika, zmienił się na twarzy, zostawił małżonkę i podbiegł do intruza. Powiedziałem wtedy głośno: „Tu coś będzie nie w porządku!” Jakubowska wołała: „Jureczku, uspokój się, ten pan mnie nie obraził”. Świadek widział, jak inżynier kładł swój bilet na stoliku i powiedział: „Jestem do usług pana majora”. Gdy ten bilet strącił, Jankowski końcem palców dotknął policzka oskarżonego. Widział też, jak major strzelił. Rzeczoznawcy rusznikarze ustalili, że zrobił to z odległości około 30 cm.
Prokurator, oceniając czyn zarówno od strony kodeksu karnego jak i honorowego, dowodził, że jego wina jest niewątpliwa. Nie było to bynajmniej zabójstwo popełnione w afekcie; oskarżony znajdował się w stanie wzruszenia, lecz było ono wywołane jego właściwościami psychicznymi.
Obrońca adw. Sobotkowski natomiast był zdania, że z punktu widzenia kodeksu honorowego major był w porządku. Kodeks karny natomiast przewiduje w art. 21, że odparcie bezpośredniego zamachu nie podlega karze; nawet jeśli było przekroczenie granic obrony koniecznej, to na zasadzie § 2 art. 22 k.k. sąd może w szczególnych wypadkach uwolnić oskarżonego od kary. W konkluzji wnosił o uniewinnienie.
Po dwugodzinnej naradzie sąd skazał mjr. dypl. Jerzego Stawińskiego na podstawie art. 225 § 2 k.k. na 2 lata więzienia, przyjmując, że działał on pod wpływem silnego wzruszenia psychicznego. W motywach podkreślono, że nie działał on z premedytacją; został znieważony, a obowiązkiem oficera jest obrona najwyższego dobra, jakim jest honor. Jako okoliczność łagodzącą wzięto pod uwagę b. dobrą opinię oskarżonego, nieskazitelną służbę i działalność niepodległościową. Jak wynikało bowiem z zeznań świadków, był on pierwszym oficerem, który w 218. pułku rosyjskim na Kaukazie złożył po detronizacji cara raport swemu dowódcy, że uważa się za zwolnionego od przysięgi i pragnie wstąpić do formacji polskich.
Wyrok, jak odnotowała prasa, wywołał na majorze wstrząsające wrażenie; spodziewał się pewnie uwolnienia. Zaskarżył go i prokurator, który domagał się wydalenia z wojska, i obrońca oskarżonego. Najwyższy Sąd Wojskowy, który rozpatrywał sprawę w końcu sierpnia, zatwierdził karę, ale zaostrzył ją wydaleniem z korpusu oficerskiego. W związku z tym Stawiński przeniesiony został do więzienia zwykłego, cywilnego.
Zmieniła się bowiem stopniowo obyczajowość i dawna pobłażliwość dla wybujałego poczucia honoru mającego usprawiedliwić nawet pospolitą zbrodnię stopniowo szła do lamusa. Pojedynki – zagrożone teraz dość surowo kodeksem karnym – też stawały się rzadkością. „Kurier Polski” (nr 86) pisał pod koniec marca 1937 roku:
„Moda, mania pojedynków minęła. Zdarzają się one dziś rzadko, tylko wyjątkowo; w olbrzymiej większości tzw. zatargów honorowych sprawę likwidują bezkrwawo zastępcy, unikający roli sekundantów. Nawet i wśród młodzieży uniwersyteckiej, gdzie – niesławnym wzorem zwłaszcza niemieckich «burszów» – bezsensowna moda pojedynków do tzw. pierwszej krwi utrzymywała się przez długie lata, zwyczaje te weszły w stadium szczątkowe. Nawet i w sferach wojskowych, gdzie pojęcie obrony honoru z bronią w ręku z natury rzeczy mocniej było zakorzenione, zwyczaj ten ograniczono do minimum, a przynajmniej taka jest tendencja”.




(c) copyrights by Palestra.pl, all rights reserved design & powered by: abgstudio.com