7-8
2018
lipiec-sierpień
W następnym numerze
Prenumerata
Miesięcznik Palestra
Orzecznictwo Izby Karnej i Izby Wojskowej Sšdu Najwyższego
Rocznik OSN w sprawach karnych
Kontakt
Kolegium
www.palestra.pl środa, 19 grudnia 2018
*artykuł


 Palestra 9-10/2008


Stanisław Milewski, (Warszawa)

Sądowe rozliczenia okupacyjnych kolaborantów (cz. 2)

Niekiedy byłym współpracownikom gestapo i innych hitlerowskich agend udawało się skutecznie uniknąć odpowiedzialności, najłatwiej wtedy, gdy przechodzili na gorliwą służbę powojennego reżymu. Mazurkiewicz, wielokrotny morderca, który nawiązał współpracę z krakowskim gestapo, prowadząc różne ciemne interesy, po wojnie związał się z resortem bezpieczeństwa i dalej handlował walutą oraz bezkarnie mordował.
Najbardziej błyskotliwą karierę w krakowskiej bezpiece w powojennych latach zrobił autentyczny niemiecki kolaborant – Władysław Hartman, który nawet szefował tamtejszej prokuraturze.
Był – jak pisało „Życie Literackie” – wywiadowcą MO, współpracownikiem SB, potem oficerem śledczym KBW. Po takim przeszkoleniu jednoroczna szkoła prawnicza wystarczyła już, aby zostać szefem Prokuratury Okręgowej w Krakowie i... sekretarzem POP. W okresie, gdy żołnierze podziemia z lat okupacji coraz liczniej zapełniali polskie więzienia, szpicel SS-owski był oskarżycielem – dziwił się dziennikarz.
Jak czytamy dalej, w roku 1952, gdy wyszła na jaw przeszłość Hartmana, zasługi późniejsze, za które dostał Złoty Krzyż (!), przeważyły widać dawne grzechy, skoro zadowolono się zwolnieniem z prokuratury, pozwalając nadal swobodnie działać. Kumple chcieli go ulokować na radcostwie prawnym bądź w adwokaturze, nie zdążyli jednak, bo razem z nim stanęli przed sądem za łapówki brane od rzeźników, złodziei i chuliganów. „Być może łapówkami, którymi kryminaliści płacili im za swoją bezkarność, oni premiowali swe zasługi w procesach politycznych?” – pytał odważnie reporter „Życia Literackiego”. Panowała wszak popaździernikowa „odwilż” i piętnowano wszelkie „błędy i wypaczenia”. Już niedługo jednak cenzura na nowo przykręciła śrubę i podobne afery nie wychodziły na światło dzienne.
W toku procesu okazało się, że Hartman ma skłonności do mitomanii: podawał się za Niemca, ale był rodowitym Polakiem i niewiele miał wspólnego z Abwehrą czy SS, czym się szczycił. Kolaborantem był jednak niewątpliwie jako członek Schutzmannschaftbattalion; gdy się to wydało w 1952 roku, został z prokuratury wyrzucony, ale karnie z tego tytułu nie odpowiadał. Zagadkowe jest to, że jego proces – i kolegów – o korupcję był tylko szczątkowo relacjonowany i dziś nie da się odtworzyć na podstawie ówczesnej prasy. Sprawy więc jako skandalicznej dla wymiaru sprawiedliwości zbytnio nie nagłaśniano.
Jedną z najgłośniejszych spraw „rozliczeniowych” z okresu okupacji stał się proces aktorów, których Niemcom udało się zwerbować do występowania w filmie „Heimkehr” (Powrót do ojczyzny). Była to wyjątkowo paskudna propagandówka – zrobiona jednak z pewnymi artystycznymi ambicjami, bo utrzymywała się na ekranie kilka lat w okupowanej Europie – budząca nienawiść do Polaków rzekomo znęcających się nad Niemcami tuż przed wojną.
Aktorzy ci, wbrew zakazowi ZASP-u oraz organizacji podziemnych, zarejestrowali się w Propaganda-Abteilung i otrzymali tzw. Erlebnis-Karte, co umożliwiało im występowanie w teatrzykach komediowych i rewiach. Do udziału w filmie „Heimkehr” zwerbował ich osławiony Igo Sym, który niebawem zginął z rąk członków ruchu oporu.
18 października 1948 roku na ławie oskarżonych w sali nr 2 (później sala nr 200) Sądu Okręgowego zasiedli aktorzy: Michał P., Juliusz L., Stefan G. i Wanda Sz. Główny oskarżony Bogusław S. był sądzony zaocznie, jako że przebywał w Ameryce. Zmarł – jak wspominał mecenas Henryk Nowogródzki, który go bronił – w Brazylii; był tam podobno cyrkowym klaunem.
Film ukazywał m.in. zniszczenie w pewnym miasteczku niemieckiej szkoły przez tłum rozwydrzonych uczniów-Polaków, z cichym przyzwoleniem burmistrza, którego grał Bogusław S. Ów przedstawiciel władz obojętnie też patrzył na pogrom, jaki w kinie urządzili Niemcom polscy widzowie, gdy ci nie chcieli przyłączyć się do śpiewów i patriotycznej manifestacji podczas sceny defilady wojskowej.
„Tumult – streszczał «Heimkehr» dziennikarz, który oglądał jego fragmenty wyświetlane jako dowód podczas procesu – nie cichnie. Dyrekcja wzywa policję. Na salę wkracza butnie sierżant polskiej policji – Michał P. Jest wściekły, brutalny, każe wyrzucić z sali wszystkich Niemców. Młoda Niemka zwraca się o pomoc dla rannego w bójce narzeczonego, ale policjant odmawia z krzykiem. Przed kinem czeka na rannego dorożka, otoczona przez złorzeczących Polaków. Nagle ktoś wybiega z tłumu, wdrapuje się na dorożkę, bije umierającego Niemca po głowie. Stefan G. rzeczywiście wszedł w swą rolę”.
A oto następne sceny: „Kilka miesięcy później wybucha wojna. Polscy żołnierze wtłaczają wszystkich Niemców do więziennych piwnic zalanych wodą. Ustawione w wąskich oknach piwnic zaczynają terkotać karabiny maszynowe, masakrując więźniów. Przychodzi odsiecz. Walą się bomby z nurkowców. Brama więzienna pęka pod naporem hitlerowskich czołgów. Nad drogą i ciągnącym tłumem wracających po wojnie do swych «odwiecznych» siedzib Niemców króluje olbrzymi portret uśmiechającego się Führera...”
„Oskarżeni – notował swe wrażenia sprawozdawca sądowy «Życia Warszawy» – przyglądają się filmowi dość obojętnie. Szeptem dzielą się uwagami. Zachowują się jak aktorzy po premierze swego filmu, który ma zapewnione powodzenie. Na sali panuje milczenie. Milczenie przepełnione wrogością”.
Aktor Michał P., grający rolę policjanta, utrzymywał, że nie znał treści filmu, gdyż mówił w nim wyłącznie po niemiecku, później, gdy właśnie wyświetlono urywki filmu – okazało się to nieprawdą. Juliusz L., posiadacz Erlebnis-Karte i grywający w teatrze „Komedia” twierdził z kolei, że o zakazie rejestrowania się w Propaganda-Abteilung nigdy nie słyszał, a w filmie był tylko statystą: widzem na sali kinowej. Stefan G., który również grał rolę widza, też do winy się nie poczuwał, mimo że scena, w której występował, bijąc po głowie ciężko rannego Niemca – była bardzo drastyczna. Oskarżona Wanda Sz., która grała rolę bileterki, organizowała wyjazd aktorów-Polaków do Wiednia, gdzie film kręcono, i była ich łączniczką z reżyserami niemieckimi. Zapytana, dlaczego zarejestrowała się u Niemców, wymieniła nazwisko wybitnego aktora, który też to zrobił.
Wszyscy sądzeni aktorzy przyznawali, że nie stosowano wobec nich żadnego przymusu, natomiast kilku zeznających w charakterze świadków opowiedziało, jak stosując różne uniki, wykręcili się od proponowanych im ról w filmie „Heimkehr”. Zakaz rejestrowania się – zgodnie twierdzili – był powszechnie znany w całym środowisku aktorskim. Jedna ze świadków, wywieziona na roboty do Berlina, widziała ten film w 1944 roku. Zauważyła, że publiczność była silnie wzburzona okrucieństwem Polaków. Uciekła z kina, bo bała się samosądu, gdyby się wydało, że jest Polką.
Jako biegli przed sądem wystąpili: prezes ZASP-u Dobiesław Damięcki i znawca sztuki filmowej, Jerzy Toeplitz. Ten drugi wyraził opinię, że „Heimkehr” należał do najbrutalniejszych filmów propagandowych, przewyższając w wyrazie nawet antyżydowski „Jud Süss”, pokazując Polaków jako zbrodniczą bandę degeneratów. Twórca filmu, hitlerowiec Uschnitzky był jednym z najzdolniejszych reżyserów niemieckich, zaś główne role obsadzone zostały czołowymi aktorami, jak Paula Wessely. Dzięki występom polskich aktorów i dwujęzyczności film uzyskał pozory prawdziwości.
– Celem hitleryzmu – podkreślił w mowie oskarżycielskiej prokurator – było wyniszczenie narodu polskiego, a niemieckie filmy stały się takim samym środkiem walki, jak nowoczesna broń. Zadanie swe spełniały przez podsycanie nastrojów zemsty i odwetu w stosunku do podbitych narodów.
Bogusławowi S. Sąd Okręgowy wymierzył zaocznie karę dożywotniego więzienia. Michał P. skazany został na 5 lat, Juliusz L. na 3, a Stefan G. na tyle samo; Wanda Sz. skazana została na 12 lat więzienia. Uzasadniając wyrok, sąd stanął na stanowisku, że oskarżeni aktorzy zasłużyli sobie na najwyższy wymiar kary, bo brali pośrednio udział w niszczeniu Polaków.
Aktorów grywających w teatrzykach przeważnie podkasanej muzy, bądź w jedynym w Warszawie poważnym Stadt-Theater (drugi był w Krakowie), a liczono ich na coś około dwustu, piętnowała – jak już o tym była mowa – prasa podziemna. Robiło to też po wojnie „Życie Warszawy”, raz w 1946, drugi raz w 1947 roku, wymieniając z nazwiska co sławniejszych, niekiedy nawet wybitnych kolaborantów spośród ludzi teatru. Najbardziej surowo potępiano aktora komicznego, bardzo popularnego przed wojną, który rozśmieszając okupacyjną, szemraną głównie publikę, zarabiał krocie, podczas gdy aktorzy-patrioci nieraz przymierali głodem. Niektórych kolaborantów-aktorów ZASP ukarał tuż po wojnie zakazem pokazywania się na scenie przez rok czy dwa, co nie było represją zbyt surową .
Procesów karnych, prócz opisanego wyżej, wytaczano chyba niewiele; prasa donosiła jeszcze o jednym: Tadeusza W. i Haliny R., aktorów i autorów antyżydowskiej sztuki „Kwarantanna”. Trzecim oskarżonym był niejaki H., powojenny impresario teatralny, który owo sztuczydło wystawił i jeździł z nim – z objazdową trupą – po całej Generalnej Guberni.
„Kwarantanna” zdobyła nagrodę w wysokości 5 tys. zł w konkursie rozpisanym przez Propaganda-Abteilung, którym w Warszawie rządził Horwath. Celem konkursu było wylansowanie sztuki teatralnej, w której negatywną postacią miał być „Żyd roznoszący zarazki tyfusu i zarażający aryjskie otoczenie”. Tadeusz W. skazany został na 5 lat więzienia, Helena R. – zaocznie, bo przebywała w Londynie – na 10 lat, na tyle samo impresario. Prasa najbardziej oburzała się na Tadeusza W., który przed sądem miał czelność powiedzieć: „Uważam, że właśnie w tych czasach występowanie na scenie było wielce wskazane i uważałem je nie tylko za objaw zdrowej tężyzny naszego społeczeństwa, lecz wręcz za bohaterstwo”.
W warszawskim Sądzie Okręgowym rok 1949 – od razu 3 stycznia – zaczął się procesem 11 byłych współpracowników prasy gadzinowej: „Nowego Kuriera Warszawskiego”, „7 dni” oraz miesięczników „Fala” i „Co miesiąc powieść”. Akt oskarżenia zarzucał im, że „w czasie okupacji niemieckiej, począwszy od jesieni 1939 roku do klęski Niemiec, idąc na rękę okupantowi, uczestniczyli w redagowaniu wymienionych czasopism niemieckich w języku polskim”.
Zebrane w toku dochodzenia materiały mówią – stwierdzał akt oskarżenia – że prasa gadzinowa miała wytknięte następujące cele: wytworzenie i utwierdzenie w społeczeństwie polskim mitu o niezwyciężonej potędze Rzeszy i jej armii, o doskonałości i nieodwracalności nowego porządku niemieckiego, wpojenie społeczeństwu polskiemu mniemania o jego niższości w stosunku do Niemców i wytworzenie przekonania, iż jedynie pod opieką i ochroną Rzeszy Polacy mogą egzystować dalej, że represje dotykają wyłącznie tych, którzy występują przeciw niemieckiemu porządkowi i niemieckiej władzy i że wojna nakłada na Polaków obowiązek pracy w Rzeszy i dla Rzeszy, podczas gdy Niemcy prowadzą walkę w imię wspólnych interesów.
Wytwarzanie wrogiego klimatu do Związku Radzieckiego, wytwarzanie nastrojów antysemickich, demoralizacja społeczeństwa, a zwłaszcza młodzieży – oto środki do zwalczania ruchu oporu przez te pisma według aktu oskarżenia. Podkreślono też w nim, że organizacje Polski Podziemnej, widząc w tych pismach perfidne narzędzie polityki niemieckiej, potępiały polskich współpracowników „prasy gadzinowej” i publikowały ich nazwiska na łamach prasy podziemnej, obiecując postawić ich po wojnie przed sądem.
W swych wyjaśnieniach oskarżeni pomniejszali swoją rolę, powołując się niekiedy na polecenie organizacji podziemnych, by podjęli pracę w „szmatławcach”. Żaden z nich nie mógł jednak podać konkretów w tym względzie. Inni twierdzili, że wykonywali tylko prace techniczne, do których skierował ich Arbeitsamt.
Świadkowie mocno obciążali oskarżonych. Prof. Stanisław Lorentz – działacz Polski Podziemnej – powiedział, że już od pierwszych momentów okupacji stosunek społeczeństwa polskiego i organizacji konspiracyjnych do niemieckiej prasy w języku polskim był zdecydowanie negatywny. W 1940 roku podziemne organizacje ogłosiły zakaz pracy w tych redakcjach jako instytucjach szczególnie niebezpiecznych dla społeczeństwa.
Zapytany przez sąd, czy przypomina sobie, aby organizacja delegowała któregoś ze swych członków do pracy dziennikarskiej w „szmatławcu”, oświadczył, że nie zna ani jednego takiego przypadku. Istniała bowiem zasada, aby punkty wywiadowcze w propagandzie niemieckiej powierzać pracownikom technicznym, jak drukarze, palacze itp., których praca na rzecz okupanta byłaby jak najmniej produktywna. Natomiast wszelcy kolaboranci z prasy i teatrzyków szukali kontaktów z pojedynczymi konspiratorami, by uzyskać jakieś podstawy do rozpowszechniania fałszywych pogłosek o rzekomej pracy w podziemiu, mających służyć jako osłona przed konsekwencjami spodziewanej klęski Niemiec. Tego rodzaju układy „restauracyjno-towarzyskie” były przez organizacje ścigane.
Na zapytanie prokuratora odpowiedział, że jest mu znany tajny okólnik rządu Generalnej Guberni, nakazujący propagandzie niemieckiej, a więc prasie gadzinowej i teatrzykom, prowadzenie szerokiej akcji, zmierzającej do zdemoralizowania i złamania ducha oporu narodu polskiego. Teatrzyki i redakcje – dodał – były też punktami wywiadu niemieckiego.
Inni świadkowie – znani dziennikarze – potwierdzali fakt, że środowisko prasowe traktowało Polaków współpracujących z prasą gadzinową jako wyrzutków społeczeństwa i zdrajców narodu. Przytaczali też przykłady szczególnie szkodliwych publikacji pisanych przez oskarżonych, chociaż ci ukrywali się niekiedy pod pseudonimami, ale te bywały rozpracowane. Dziennikarz Dunin-Wąsowicz, mówiąc o haniebnej roli niektórych swych byłych kolegów z przedwojennych redakcji, wspominał, że 300 dziennikarzy znalazło się na bruku, ale tylko niektóre jednostki zhańbiły się współpracą z okupantem, chociaż żyli w niezwykle ciężkich warunkach. Nie było przymusu – dodał – rejestrowania się dziennikarzy u Niemców i każdy, kto współpracował z prasą gadzinową, czynił to z własnej woli.
Występujący w charakterze biegłego płk Jan Rzepecki oświadczył, że do współpracowników „Nowego Kuriera Warszawskiego” AK zawsze odnosiła się negatywnie i piętnowała w prasie konspiracyjnej. Inny biegły – a było ich jeszcze kilku – dyrektor Badania Historii Najnowszej Stanisław Płoski przypomniał, że w okresie gdy na Lesznie powieszono kilkunastu działaczy ruchu oporu, w „szmatławcu” ukazał się artykuł „o potrzebie walki z bandytyzmem”. Oświadczył, że organizacji podziemnej nie udało się uzyskać pracowników „Nowego Kuriera Warszawskiego” do wydania specjalnego numeru służącego celom ruchu oporu. Numer taki – ku uciesze mieszkańców stolicy – został wydany wyłącznie za pomocą własnych środków organizacyjnych.
Dla najbardziej obciążonego Antoniego S. prokurator zażądał 15 lat więzienia, dla innych od 12 do 5. Sąd Okręgowy w dniu 11 stycznia skazał go na 10 lat, pozostałych w granicach od 5 do 8 lat pozbawienia wolności, a dwóch oskarżonych sąd od kary uwolnił.
Zdarzało się, że przed sądem stawali ludzie niewinni, na których padł tylko cień podejrzenia, iż wysługiwali się okupantom. Musiało to być szersze zjawisko, skoro na początku 1947 roku prasa aż kilka razy opisała takie przypadki.
„Nikczemne oskarżenie. Oczyszczona z hańbiącego zarzutu. Prokurator kazał uwięzić świadków” – donosił „Kurier Codzienny” na początku lutego o finale procesu przeciwko Alfredzie P. oskarżonej przez prokuratora Sądu Specjalnego o współpracę z okupantem i działanie na niekorzyść narodu polskiego. Była ona w czasie okupacji właścicielką restauracji na Pradze, do której – prócz Polaków – przychodzili również Niemcy; napis „Erlaubt für Deutsche” wręcz ich do tego zachęcał. Alfredę P. oskarżono nie tylko o współpracę, ale i oto, że wiedząc, iż w jednym z mieszkań ukrywa się Żyd, zmusiła go do ucieczki, grożąc wydaniem w ręce Niemców. Przesiedziała w areszcie 7 miesięcy.
Proces wykazał, że oskarżona pracowała na rzecz podziemia, a w jej lokalu – pod ochronnym parasolem przebywających w nim Niemców – odbywały się konspiracyjne zebrania. Przechowywała też kilka osób narodowości żydowskiej, chroniąc je przed aresztowaniem. Tak zeznawało kilkudziesięciu świadków; trójkę, w tym małżeństwo, świadków upierających się nie wiedzieć czemu, że było inaczej – prokurator kazał uwięzić. Oskarżona została zrehabilitowana i uwolniona.
„Uniewinniona z zarzutu korzystania z pomocy Niemców” – informowała ta sama gazeta w drugiej połowie lutego o procesie Janiny K. Janinę N. z kolei – o czym można było wyczytać nieco wcześniej w tej samej gazecie – oskarżono, że handlarzom, żądającym paskarskich cen, groziła, iż wyda ich Niemcom. Świadkowie wystawili jej bardzo pozytywną opinię, gdyż jej synowie działali w konspiracji; też została uniewinniona.
Największe jednak zainteresowanie i sporą sensację wywołał proces oficera AK, który toczył się najpierw przed Specjalnym Sądem Karnym, a potem przed Okręgowym od sierpnia 1946 do końca kwietnia następnego roku; sprawa bowiem była odraczana ze względu na trudności ze znalezieniem świadków z okresu konspiracji.
„Zdrajca czy bohater” pytała jedna z gazet; Aleksy M. stanął bowiem przed sądem pod zarzutem, że wydał władzom niemieckim tajną radiostację. Ów porucznik WP, uczestnik kampanii wrześniowej, dał się poznać w konspiracji i w czasie powstania jako dobry patriota i żołnierz. Podejrzenia o zdradę opierały się na tym, że po aresztowaniu – porucznik z dziwną łatwością uciekł z rąk gestapowców, którzy po miesięcznym pobycie na Pawiaku wieźli go na przesłuchanie. Podchorążemu, aresztowanemu wraz z nim, a następnie zwolnionemu – udowodniono zdradę. Władze Polski Podziemnej wydały nań wyrok śmieci, który został wykonany. Aleksego M. Sąd Okręgowy uniewinnił, gdyż nie potwierdziły się zarzuty wysuwane przeciwko niemu.
Łączniczka wywiadu o pseudonimie „Mila” potwierdziła fakt, że brał czynny udział w Powstaniu i za wybitne zasługi bojowe otrzymał Krzyż Walecznych i Virtuti Militari. Cały czas – co ustalił sąd – pracował w kontrwywiadzie.
Ciekawe, jak potoczyły się jego dalsze losy właśnie z tego powodu. Najhaniebniejszym bowiem rozdziałem „pookupacyjnych rozliczeń” było oskarżanie i skazywanie na śmierć ludzi akowskiego podziemia pod fałszywym zarzutem współpracy z gestapo. Procesów takich było wiele, przebadane przez historyków zostały jednak tylko niektóre.
„Było to – piszą Janusz Wróbel i Marek Słojewski, autorzy, którzy to zrobili, w opracowaniu pt. «Zbrodnie sądowe z oskarżenia o kolaborację z nazistami» – oskarżenie perfidne, okrutne, groźne w swych konsekwencjach, pozbawiało bowiem dawnych żołnierzy Państwa Podziemnego zaszczytnego miana obrońców Ojczyzny i narażało na drakońskie kary. W swych zamysłach komuniści zmierzali do upodlenia i psychicznego załamania oskarżonych, jak również do zohydzenia ich w oczach opinii publicznej” .
Komuniści w walce o władzę uciekali się i do takich haniebnych metod. Mieli wszak nauczyciela w Stalinie, który po ujawnieniu katyńskiej zbrodni zaatakował „polskich współpracowników Hitlera”, a w Teheranie oświadczył Churchillowi i Rooseveltowi, zresztą nie spotykając się z ich sprzeciwem, że „polski rząd na uchodźstwie jest ściśle związany z Niemcami i jego agenci w Polsce mordują partyzantów”.
W moskiewskim „Procesie 16” gen. Leopoldowi Okulickiemu postawiono zarzut kolaboracji, a w stalinowskiej Polsce w procesie Okręgowego Kierownictwa Walki Podziemnej (m.in. Kazimierza Moczarskiego) i Państwowego Korpusu Bezpieczeństwa „Start” sądzonych akowców skazywano m.in. za współpracę z gestapo. Jak wspominał w swych „Zapiskach” K. Moczarski – płk Józef Różański bez ogródek powiedział mu w czasie przesłuchania: „My zawsze potrafimy udowodnić dokumentami, że pan był agentem gestapo, gdyż jesteśmy w posiadaniu blankietów, oryginałów stempli, pieczęci itp. z gestapo, a ponadto mamy w swym ręku takich b. gestapowców, którzy chętnie podpiszą dzisiaj pańską, zrobioną przez nas, kartę agenta gestapo”. Żeby go moralnie zgnębić, ppłk Józef Dusza wsadził Moczarskiego do jednej celi z gen. SS J. Stroopem.
Wszyscy oskarżeni w tych dwu procesach po 1956 roku zostali uniewinnieni, a prokurator generalny PRL, Kazimierz Kosztirko, musiał przyznać, że materiał dowodowy został spreparowany „bez liczenia się z prawdą obiektywną”. „Dotyczy to w szczególności – napisał – spraw karnych przeciwko osobom, które w czasie okupacji prowadziły działalność w ramach ugrupowań politycznych lub organizacji, stojącej na innej aniżeli ruch robotniczy platformie ideologicznej”.
Nie przywróciło to jednak życia bohaterom podziemia akowskiego – takim chociażby jak legendarny Witold Pilecki – zabitym metodą wypróbowaną w Katyniu i w lochach NKWD: strzałem w tył głowy.

PRZYPISY:

[1] Na podstawie dekretu PKWN z 31 sierpnia 1944 roku o wymiarze kary dla faszystowskich-hitlerowskich zbrodniarzy winnych zabójstw i znęcania się nad ludnością cywilną i jeńcami wojennymi oraz dla zdrajców Narodu Polskiego sądy skazały w latach 1946–1956 na karę śmierci 1212 osób, na dożywocie 392, powyżej 10 lat 1218, a do lat 10 – 13 944 osoby. Por. A. Pasek, Przestępstwa okupacyjne w polskim prawie karnym z lat 1944–1956, Wrocław 2002.

[2] „Życie Literackie” 1957, nr 35.

[3] O sytuacji w środowisku aktorskim podczas okupacji piszą m.in.: J. Hera, Dlaczego ob. Korzeniowski kłamie?, „Zeszyty Historyczne” 1996, z. 115, s. 165–192; A. Chojnacka, Leon Schiller. Losy wojenne i powojenne oskarżenia, „Pamiętnik Teatralny” 1997, z. 1–4, s. 127–184; J. Hera, Życie artysty w niewoli. Rzecz o Andrzeju Szalawskim, „Pamiętnik Teatralny” 1999, z. 2, s. 137–176; J. Hera, Życie artysty w niewoli. Rzecz o Marii Malickiej, „Pamiętnik Teatralny” 2001, z. 3–4, s. 296–330.

[4] Janusz Wróbel, Marek Słojewski, Zbrodnie sądowe z oskarżenia o kolaborację z nazistami (w:) Praca zbiorowa, Przestępstwa sędziów i prokuratorów w Polsce lat 1944–1958, wyd. IPN pod red. Witolda Kuleszy i Andrzeja Rzeplińskiego, s. 85–121.





(c) copyrights by Palestra.pl, all rights reserved design & powered by: abgstudio.com